Przepis na to ciasto znam od X lat. Było to pierwsze ciasto jakie samodzielnie zrobiłam, a było to w szkole podstawowej. W naszym domu często się pojawia ponieważ jest szybkie, łatwe i nie wymaga skomplikowanych składników. A dlaczego weekendowe? Ano dlatego, że u nas znika w ciągu 2 dni ;)
Składniki z pierwszej części rozpuszczam w garnku na malutkim ogniu pilnując, aby nie doprowadzić do wrzenia. Gotową kakaową masę pozostawiam do ostygnięcia często mieszając, aby nie zrobił się kożuch.
Do przestygniętej masy stopniowo dodaję jajka i mąkę z proszkiem do pieczenia. Wszystko wylewam na blaszkę wysmarowaną tłuszczem i bułką tartą. Ja używam blaszki na babkę z kominem o średnicy 24 cm. Piekę w piekarniku w temp. 190 stop. C (termoobieg) ok. 40-45 min. Patyczek musi być suchy.
Po upieczeniu pozostawiam, aby przestygło po czym można się już nim zajadać :) W dzieciństwie najczęściej jedliśmy go w takiej wersji.
Jednak ja lubię dodać jeszcze co nieco. Gdy jest już zimne przekładam je dżemem z czarnej porzeczki, a wierzch polewam mleczną polewą. Pycha!
Dziś chcę Wam pokazać jak ja robię chleb na zakwasie. Chleb domowej roboty jem od paru lat i już sobie nie wyobrażam, aby w domu mogłoby go zabraknąć. Pierwszy raz taki chleb spróbowałam u teściów, którzy pieką go na drożdżach. Z kolei teściowa nauczyłam robić go moją mamę, która z czasem przeszła na chleb robiony na zakwasie (podobno jest zdrowszy). Obiecałam sobie, że jak tylko będę na swoim ja również będę piec chleb. Dwa miesiące temu w końcu dorobiłam się nowego piekarnika przez co mogłam zabrać się za pieczenie. Akurat wtedy przyjechała do nas moja mama, która przywiozła migotowy już zakwas, na którym od razu mogła mnie uczyć. Od tamtej pory kupny chleb mam tylko w zamrażarce, tak na wszelki wypadek ;)
A więc do dzieła ;)
Na początku trzeba wyhodować sobie zakwas, co niestety musi potrwać parę dni. Jak już wspomniałam ten etap mnie ominął. Jednak poprosiłam mamę, aby opisała mi jak zrobić taki zakwas. Podesłała mi link do filmiku gdzie wszystko jest bardzo dobrze pokazane i wyjaśnione. W związku z tym nie będę się już niepotrzebne rozpisywać, dlatego polecam Wam poniższe video :)
W filmiku polecana jest mąka żytnia. Ja do dokarmiania zakwasu używam mąki pszennej razowej o typie 2000 i również bardzo dobrze mi wychodzi. Należy zwracać uwagę, aby typ mąki był jak najwyższy.
Gdy już dochowamy się zakwasu można przystąpić do przygotowywania ciasta na chleb :) Do tego będzie nam potrzebne:
400-450 g przygotowanego wcześniej zakwasu -> Ja zazwyczaj daję 450 g.
700 g mąki pszennej-> Do wyrabiania chleba używam już zwykłej, pszennej mąki. Tu idealnie sprawdza się mąka Babuni o typie 650 dostępna w Biedronce.
700 ml ciepłej (nie gorącej) przegotowanej wody
1 (nie płaska, nie czubata) łyżka soli
100 g otrąb pszennych
dodatki: pestki słonecznika, pestki dyni, siemię lniane -> Ja dodaję 3 łyżki łuskanych pestek słonecznika. Oczywiście z dodatków można zrezygnować lub je dowolnie modyfikować według uznania.
Odpowiednią ilość zakwasu wlewam do miski. Następnie dodaję mąkę, wodę, otręby pszenne i sól. Wszystko mieszam mikserem (używam mieszadeł hakowych). Wyrabiam ciasto przez 5 min. Po tym czasie odstawiam miskę na 20 min przykrywając ją np. ściereczką lub pokrywką. Po 20 min dodaję dodatki, w moim przypadku słonecznik i znów wyrabiam ciasto mikserem przez 5 min.
Między jednym a drugim mieszaniem ciasta, przygotowuję blaszkę, wykładając ją papierem do pieczenia. Ja używam keksówki o wymiarach 35 cm x 12 cm.
Gotowe, wyrobione ciasto wykładam na blaszkę. Ciasto powinno być bardzo gęste, gumiaste. Tak naprawdę różne mi to ciasto wychodzi, raz rzadsze raz gęstsze, ale i tak za każdym razem chleb wychodził idealnie.
Mimo iż ciasto mamy na blaszce, to na pieczenie trzeba jeszcze poczekać :) Następnie tak przygotowane ciasto musi postać w ciepłym miejscu, aby wyrosło. Ja w tym celu nagrzewam piekarnik do 60 stop.C. Gdy jest nagrzany, wyłączam i wstawiam blaszkę do ciepłego piekarnika. Zanim chleb odpowiednio wyrośnie trwa to u mnie 3-3,5 godziny. Oczywiście nie trzeba tyle czasu czekać. Najważniejsze, aby ciasto choć odrobinę urosło. Jednak z doświadczenia wiem, że warto poczekać, bo im więcej wyrośnie przed pieczeniem, to po upieczeniu chleb nie będzie zbity tylko pulchny, a tym samym smaczniejszy :) Ja zawsze czekam aż urośnie mi do brzegów blaszki.
Gdy chleb już wyrośnie, nie wyjmuję go z piekarnika tylko od razu włączam piekarnik. Moja mama twierdzi, że chleb powinno się piec tradycyjnie, jednak zarówno ona jak i ja pieczemy go w termoobiegu. Ja piekę go w 190 stop.C....
przez godzinę...
i voila :)
Upieczony chlebek od razu wyjmuję z piekarnika, wyciągam z blaszki, odrywam papier i pozostawiam aż wystygnie. Po tym czasie można się już zajadać :)
Pozostały zakwas w słoiku (zawsze musi troszkę zostawić, aby później mieć z czego zrobić kolejny chleb) przykrywam nakrętką (nie zakręcam), przykrywam folią i wstawiam do lodówki.
Tak może stać nawet tydzień. Gdy kończy się chleb, zakwas wyciągam z lodówki w ciepłe miejsce na ok 2 godziny, aby się zagrzał. Następnie zaczynam dokarmianie. Do słoika wsypuję pół szklanki mąki pszennej razowej, pół szklanki ciepłej (nie gorącej) przegotowanej wody i dokładnie mieszam. Można przyjąć inne ilości, najważniejsze aby miara był taka sama dla mąki i wody. Odstawiam w ciepłe miejsce, np. na parapet lub nagrzewam piekarnik. Gdy po ok 2 godzinach zakwas zacznie pracować, bąbelkować znów dokarmiam. Czynność powtarzamdo momentu aż będę go miała prawie cały słoik, wtedy mogę zacząć przygotowywać ciasto na chleb.
Jeśli macie możliwość, chęci, czas to szczerze Wam polecam spróbować zrobić swój własny chleb. Wbrew pozorom nie jest to trudne, zwłaszcza jak nabierze się wprawy. Cały proces wymaga sporo czasu, ale naprawdę warto :)
Gdybym namówiła kogoś na własnoręcznie robiony chleb, to koniecznie proszę się później pochwalić efektami :)
Siedząc teraz w domu teoretycznie powinnam mieć więcej czasu chociażby na blogowanie, komentowanie, ale ostatnio skutecznie zajmują mi cały czas inne rzeczy. Przez ostatnie 2 tygodnie była u nas z wizytacją moja mama. W końcu mogłyśmy zabrać się za rolety rzymskie, które powinny zawisnąć już w grudniu... Jak widać dość znacznie odwlekło nam się to w czasie. Jednak najważniejsze, że nasz projekt się udał i nareszcie zdobią nasze okna :D Choć przyznam, że momentami traciłam nadzieję i nerwy, bo w trakcie szycia wyszła niemiła niespodzianka związana z materiałem, ale o tym może innym razem.
Tym razem ma być kulinarnie, bo ostatnio więcej gotuję. Dzięki Bogu moje mdłości się skończyły, a przynajmniej nie są już tak uciążliwe jak wcześniej. Zauważyłam, że bardzo mi pomaga jedzenie mniejszych porcji i nie najadanie się na noc oraz unikanie mięsazwłaszcza smażonego. Na samą myśl o mięsie robi mi się niedobrze ;/ Dlatego ostatnio wymyślam dania bezmięsne. Tym razem miałam ochotę na pierogi ruskie, które prawdę mówiąc robiłam pierwszy raz ;) Przy okazji chciałam wypróbować wychwalany w mojej rodzinie przepis mojej cioci na ciasto do pierogów, który rzeczywiście jest rewelacyjny - nie klei się, nie rozrywa, idealny dla kogoś kto pierwszy raz ma zamiar zabrać się za wyrabiane ciasto, bo na pewno się do niego nie zrazi ;)
A oto jak ja robiłam swoje pierogi.
Na 570 g ugotowanych (najlepiej dzień wcześniej) ziemniaków użyłam 300 g twarogu. Wszystko razem zmieliłam w maszynce do mięsa. Następnie zeszkliłam na oleju 2 średnie cebule pokrojone w drobną kostkę i dodałam do masy ziemniaczano-serowej. Wszystko wymieszałam i doprawiłam solą oraz pieprzem. Farsz powinien być dość mocno doprawiony pieprzem, aby było w nim widać charakterystyczne dla niego czarne kropeczki ;) Ja tym razem zrobiłam łagodniejszą wersję, bo nie chciałam aby był za ostry ze względu na moją 2,5 letnią córkę. Jednak to jak doprawicie farsz zależy od Waszych indywidualnych preferencji.
Następnie zabrałam się za ciasto, na które potrzeba:
4 szklanki mąki pszennej 4 łyżki oleju 1 płaska łyżeczka soli 1 szklanka letniej wody Wszystkie składniki łączymy ze sobą i wyrabiamy ciasto. To ciasto jest super ze względu na to, że w trakcie wyrabiania i wałkowania nie trzeba w ogóle podsypywać mąką ponieważ się nie klei. Blat miałam zupełnie czysty :)
Gotowe ciasto porcjowałam na niewielkie kawałki, które rozwałkowałam, a następnie wycinałam w nich szklanką krążki. Krążek lekko rozciągnęłam palcami i na jego środek wyłożyłam pełną łyżeczkę farszu. Brzegi zagniotłam i przydusiłam widelcem, aby lepiej się zlepiły.
Gotowe pierogi wrzuciłam do lekko osolonego wrzątku. Gotowałam ok. 4 min od momentu wypłynięcia pierogów na wierzch wody.
Ugotowane pierogi podałam z cebulką usmażoną na oleju.
Zrobiłam ciasto z 1,5 porcji. Wyszło mi 64 pierogów wyciętych szklanką o średnicy 8,2 cm.
Były naprawdę dobre, a odsmażane później na patelni były jeszcze lepsze ;)
PS. Ostatnio zrobiłam swój pierwszy chleb na zakwasie. Nie sądziłam, że to takie proste :) Pokażę Wam następnym razem ;)
Wprowadzam u siebie w domu pewien cykl związany z gotowaniem, który nazwałam sobie "Sobotnie Debiuty" ;) Kiedyś (przed moją ciążą) coś podobnego u nas funkcjonowało - ja i mąż w każdą sobotę pichciliśmy próbując nowe przepisy. Piękne czasy :) Ciekawe czy jeszcze wrócą.... Tym razem muszę liczyć na siebie, ale jakoś to przeżyję, najważniejsze że mąż szczęśliwy, bo on lubi jak wprowadzam do naszego menu nowości ;)
Byłoby fajnie jakby w każdą sobotę mogła wypróbować nowy przepis, ale znając życie pewne nie zawsze będzie to możliwe. Jednak co najmniej jedna sobota w miesiącu na pewno będzie na to poświęcona.
Myślę, żeby ten cykl przeniosę również na bloga, zobaczymy jak to wyjdzie ;)
Wczoraj taką nowością były u nas placki po węgiersku. To pyszne, niesamowicie sycące danie, które zdobyło moje kubki smakowe od pierwszego kęsa.
A oto przepis na dwie porcje.
Gulasz:
0,5 kg mięsa wołowego (ja użyłam karkówki)
3 łyżki mąki
0,5 bulionu wołowego
1 duża cebula
2 papryki czerwone
2 łyżki koncentratu pomidorowego 1/2 łyżeczki papryki słodkiej w proszku 1/2 łyżeczki papryki ostrej w proszku lub jedna papryczka chilli Placki: 600 g obranych ziemniaków 1 mała cebula 1 łyżka mąki 1 jajko sól, pieprz Dodatki: gęsta śmietana koperek surówka z kapusty Przygotowanie gulaszu: Mięso kroimy na małe kawałki, obtaczamy w mące i obsmażamy na oleju. W międzyczasie przygotowujemy bulion. Usmażone mięso przekładamy do gotującego się bulionu. Cebulę kroimy w kostkę i podsmażamy na oleju pozostałym ze smażenia mięsa. Przekładamy do bulionu. Wszystko dusimy pod przykrycie ok 2 godzin, do miękkości mięsa. W połowie gotowania dodajemy pokrojoną w paski paprykę czerwoną, koncentrat pomidorowy, paprykę w proszku. Jeśli sos po zakończeniu duszenia będzie za rzadki to zagęszczamy go mąką rozrobioną w wodzie. Przygotowanie placków: Ziemniaki ścieramy, dodajemy cebulę pokrojoną w kostkę, jajko, sól oraz pieprz. Smażymy na patelni z obu stron aż się zrumieni. Na połowę gotowego placka wykładamy gulasz i składamy go jak naleśnik. Wierzch można polać gęstą śmietaną i posypać posiekanym koperkiem. Polecam podawać z surówką z kapusty.
Tak jak obiecałam, mam dla Was przepis na ciekawy dżem. Przy okazji polecam blog Ady, na którym właśnie go znalazłam. Ada tak go chwali, że musiałam sama spróbować.
Wykonałam go w dwóch wersjach. Pierwsza partia jest według dokładnego przepisu Ady. Natomiast drugą wykonałam z małymi modyfikacjami - dodałam ciut mniej cukru i cynamonu. Po wykonaniu pierwszej partii okazało się, że kilka łyżeczek cynamonu jakie proponuje Ada (za pierwszym razem dałam 1,5 łyżeczki) to dla mnie troszkę za dużo, więc spróbowałam z mniejszą ilością. Mimo wszystko oba dżemiki wyszły smaczne.
Poniżej podaję moje proporcje, aby ich nie zapomnieć ;) Każdy wie co bardziej lubi, więc w razie potrzeby wybierze wariant bardziej mu odpowiadający ;)
Składniki:
4 słodkie pomarańcze
4 kiwi
1/2 szkl. cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
Pomarańcze obrałam ze skórek i białych błonek znajdujących się tuż pod skórką. Usunęłam również błonki wewnętrzne, ponieważ były grube i dość twarde (w pierwszej partii są w dżemie wyczuwalne). Kiwi obrałam i pokroiłam w drobną kostkę. Wszystko wrzuciłam do garnka, wsypałam cukier, cynamon i gotowałam bez przykrycia 1,5 godziny.
Następnie gorący dżem włożyłam do wyparzonego słoika i odstawiłam do góry dnem, przykryłam ściereczką i czekałam aż ostygnie.
A tak prezentują się moje trzy skromne słoiczki ;)
Na razie szkoda mi ich otwierać i czekam z tym do zimy ;) Mimo to robiąc go przekonałam się nie jedną łyżką, że wyszedł pyszny, gęsty
dżemik! ;) Ja nie przepadam za pomarańczami, ale to mi naprawdę smakuje.
Będzie idealny do gorących tostów czy chałki. Podobno
jest dobry również do ryżu, czego nie omieszkam spróbować ;)
Pierwsze dni urlopu spędziłam na przygotowaniach zimowych zapasów. Pierwszy raz tak bardzo zaangażowałam się w ich przygotowywanie i powiem szczerze, że bardzo mi się to podoba, mimo iż trzeba poświęcić na to sporo czasu. Zrobiłam nawet na słoiki ubranka ;)
Spiżarka nie jest jeszcze skończona, więc chwilowo słoiki goszczą w jednej ze szafek.
Nasz ogródek nie jest za duży, nie wszystko jeszcze zostało w tym roku posadzone, więc zbiory nie były jakoś oszałamiająco wielkie. Mimo to trzeba było wykorzystać dary natury jakie się w nim pojawiły (i nadal pojawiają) ;) Zimą na pewno zachce się swoich ogórków, truskawek czy jabłek. Generalnie jeśli jest to możliwe to
staram się wszystko mrozić, bo według mnie to jest najlepsza forma, aby
zachować to co w warzywach/owocach najcenniejsze. Dlatego nie tylko półki szafki, a również zamrażalnika się zapełniają.
Ogórków jest u nas mnóstwo. Nasza 3-trójka (Klaudia też je uwielbia, a najbardziej to chyba szukać je wśród liści ;) nie nadąża ich jeść. Dlatego część trafiło do słoików na kiszenie, a część została starta, wsadzona w pojemniki i zamrożona. Zimą będziemy się zajadać mizerią z własnych ogórków. Do zamrażarki trafiły również truskawki z myślą o ciastach w zimie, aby sobie troszkę lato przypomnieć ;)
Mamy jedną dziką jabłoń, która generalnie jest do wycięcia, jednak w tym roku obsypała nas tyloma owocami, że aż szkoda było się jej pozbywać. Jabłka są dość kwaśne, dlatego powstało kilka słoików dżemu. Będzie do naleśników i ryżu dla Klaudii.
Polecam również posiekać świeży koperek, natkę pietruszki, wsadzić do słoiczków i zamrozić. Szybki sposób na świeże ziółka do ziemniaków, sosów czy na kanapkę zwłaszcza zimą. Z koprem troszkę się spóźniłam i mam go już ledwo na dnie, bo z ziół już skorzystam. Koper znów zasadziłam i jeśli zdąży coś wyrosnąć to na pewno trafił do słoika.
Ubolewam, że w tym roku nie mamy malin... Ale na jesień obowiązkowo będą posadzone. Teraz muszę się uśmiechać do szwagierki, która ma ich dużo ;) Jeśli będę miała możliwość to powstanie z nich sok, który będzie idealny do herbaty na jesienno-zimową pogodę i podczas przeziębienia.
Zostały mi jeszcze pomidory, którymi na razie od tygodnia się zajadamy. Zastanawiam się
co z nich zrobić jak się nimi przejemy... W ogrodzie leżą jeszcze nietknięte kabaczki, z których też muszę coś zrobić. Najwyraźniej jeszcze sporo pracy przede mną.
A na koniec chcę wspomnieć o ciekawym przepisie na dżem z kiwi, pomarańczy i cynamonu, na który jakiś czas temu trafiłam w sieci. Pomyślałam, że taki dżemik idealnie pasuje do przygotowań
zimowych zapasów, ponieważ pomarańcze i cynamon kojarzą mi się właśnie z
zimą i Świętami BN ;) Niebawem podzielę się z Wami przepisem, bo warto go wypróbować.
Dziś mam dla Was obiecany przepis na Rafaello, o którym ostatnio wspominałam. Wykonanie ciasta może nie należy do najszybszych, ponieważ trzeba część składników zagotować i ostudzić oraz poczekać parę godzin aż "dojdzie" w lodówce. Jednak warto swoje odczekać, aby się później nim delektować ;) Za każdym razem jak go zrobię, ktoś go pochwali ;)
A oto przepis.
Składniki:
0,5 litra mleka
2 płaskie łyżki mąki przennej
2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej 2 żółtka
3/4 szklanki cukru
1 cukier waniliowy
kostka masła
100 g wiórków kokosowych
płatki migdałowe
2 opakowania krakersów (ja używam Lajkonik)
Żółtka utrzeć mikserem z 1/2 szkl. cukru i cukrem waniliowym. Dodać mąkę pszenną, mąkę ziemiaczaną i 1/2 szkl. mleka. Wszystko razem dalej ucieramy mikserem. Pozostałe mleko należy zagotować z resztą cukru. Na gotujące się mleko wlać masę jajeczną. Szybko i dokładnie mieszać, aż do momentu uzyskania konsystencji budyniu. Ostudzić co jakiś czas mieszając. Miękkie masło utrzeć na puszystą masę. Wciąż ucierając stopniowo dodawać ostudzony budyń. Pod koniec wsypać wiórki kokosowe.
Na blaszce o średnicy 30x25 cm ułożyć warstwę krakersów. Na krakersach rozsmarować 1/3 masy. Czynność powtarzamy aż do uzyskania 3 warstw krakersów i 3 warstw masy. Wierzch (czyli ostatnią warstwę masy) posypać wiórkami kokosowymi oraz płatkami migdałowymi.
Ciasto wstawić na kilka godzin do lodówki, aby krakersy zmiękły pod wpływem masy. Ciasto jest najlepsze, gdy leżakuje w lodówce przez całą noc ;)
Dzisiaj mieliśmy rodzinną kolację. Rzadko mamy okazję usiąść do stołu w takim składzie, dlatego chciałam zrobić coś co smakowałoby każdemu. Padło na pizzę, ale nie taką na telefon tylko własnej roboty. Każdy u nas za nią przepada, a jeśli o mnie chodzi, to ja wolę ją bardziej niż taką, którą można zamówić w pizzeriach.
Jeden dodatek jaki tu zastosuję większości z Was pewnie wyda się troszkę nie z tej bajki ;) Jednak z nim pizza smakuje rewelacyjnie!
A oto przepis.
CIASTO: 1/2 kg mąki pszennej 40 g drożdży 1 łyżeczka soli 1 łyżeczka cukru 2 łyżeczki oleju 1 szklanka letniej wody
DODATKI: 750 g mieszanki chińskiej (mrożonka, ja kupuję tą z Biedronki) 250 g sera żółtego 300 g kiełbasy (zazwyczaj daję kiełbasy żywieckiej, suchej krakowskiej lub innej podsuszanej) ketchup zioła prawansalskie/oregano
W połowie szklanki letniej wody rozpuszczamy drożdże. Pozostałe składniki na ciasto łączymy, następnie wlewamy rozpuszczone drożdże oraz pozostałą część letniej wody. Wszystko razem zagniatamy. Nie czekamy aż drożdże wyrosną tylko od razu wałkujemy ciasto i wykładamy na blaszkę wysmarowaną olejem.
Wyłożone na blaszce ciasto smarujemy ketchupem i posypujemy ok. 1/3 porcji startego żółtego sera. Następnie na ser układamy plasterki kiełbasy.
Mieszankę chińską rozmrażamy na patelni lekko ją podsmażając. Dodajemy sól i pieprz. Kiedy jest już gotowa, rozkładamy ją na ułożoną wcześniej wędlinę.
Pozostałą częścią sera i ziołami posypujemy wierzch.
Pizzę wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 220 stop. na ok 12 min i gotowe :)
Uwielbiam tą pizzę za to, że szybko się ją robi a ciasto jest pyszne. Do tego jeszcze ta mieszanka chińska i moje kubki smakowe są w niebie ;)
Śniadanie to dla mnie podstawa. Nie wyobrażam sobie wyjść z domu z pustym żołądkiem. Nawet wychodząc do pracy o 6.00 rano musiałam coś zjeść. Zawsze staram się, aby był to jak najbardziej wartościowy posiłek. Wtedy mam więcej energii, mniej podjadam w ciągu dnia i generalnie lepiej się czuję.
A tak się prezentuje moje ulubione śniadanko :)
Zazwyczaj składa się ono z następujących produktów:
płatki kukurydziane - polecam te z Biedronki sprzedawane w 1 kg-owej paczce, jak dla mnie są równie dobre jak te z NESTLE, a o wiele tańsze
jogurt owocowy - polecam Jogobellę, ale można zamienić go również na jogurt naturalny
otręby żytnie- ewentualnie dodaję też otręby owsiane, zależy co akurat mam
siemie lniane - a konkretniej zmielone, wtedy składniki w nim zawarte są bardziej dostępne dla organizmu
suszone śliwki - pokrojone w kawałeczki, jak mam to dodaję również suszone morele czy żurawinę
banan
nektarynka - akurat tym razem miałam ją w domu, więc też ją dodałam
W weekend zazwyczaj nie mam tyle czasu, aby stać w kuchni dlatego w piątek lub sobotę robiąc obiad staram się robić tego więcej tak, aby starczyło nam chociażby do poniedziałku ;) Tym razem zdecydowałam się właśnie na te kotleciki. Są bardzo smaczne, szybko się je robi i starczają nam na więcej niż jeden obiad.
A oto przepis.
Składniki:
1 pojedyncza pierś z kurczaka
1 jajko
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżka majonezu
2 łyżki startego żółtego sera
sól, pieprz
przyprawę w płynie (Magi)
polecam natkę pietruszki i suszoną żurawinę
Pierś z kurczaka kroimy na drobniutkie kawałeczki, dodajemy jajko, mąkę, majonez, ser żółty, przyprawy i posiekaną zieleninę. Wszystko razem mieszamy. Tak wgląda gotowa masa.
Łyżką nabieramy porcję masy i kładziemy na bułkę tartą. Masę obsypujemy bułką z każdej strony, następnie delikatnie bierzemy do ręki i formujemy kotleciki. Smażymy na rozgrzanym oleju.
Jeśli ciasto będzie zbyt luźne i kotlety będą się nam za bardzo rozwalać, to do masy można dosypać jeszcze odrobinę mąki.
A tak wyglądają po usmażeniu (ja zrobiłam z podwójnej porcji).