sobota, 13 kwietnia 2013

Naturalnie z Pat&Rub

Mam nadzieję, że miło spędzacie swój weekend :) Nareszcie doczekaliśmy się prawdziwej wiosny, a nas dzisiaj zaszczyciła nawet pierwsza wiosenna burza :) Wreszcie mogłam wybrać się z Klaudią na spacer i plac zabaw oraz zrobić pierwszy wiosenny obchód ogródka. W tym roku musimy doprowadzić go do porządku i ustalić ostateczny projekt. Z mężem zadecydowaliśmy, które drzewka mają być usunięte, które przesadzone, a jakie trzeba jeszcze zasadzić. Gdzie konkretnie będzie warzywniak, gdzie trzeba posadzić tuje itd itp. Od razu przypomniałam sobie za co kocham wiosnę ;)

Pozostając w tematyce natury, wczoraj dotarła do mnie przesyłka z kosmetykami Pat&Rub, których nie mogłam się wręcz doczekać ;) Teraz, gdy jestem w ciąży zwracam szczególną uwagę na to jakich kosmetyków używam. Obecnie staram się, aby były jak najbardziej naturalne. Szukałam czegoś na mój rosnący brzuchol, jednak ciężko w drogeriach znaleźć coś naturalnego dlatego postanowiłam zapoznać się z produktami firmy Pat&Rub, o których co nieco kiedyś słyszałam.... i przepadłam. Jestem pod wrażeniem, że mamy polską firmę, która oferuje w 100% naturalne kosmetyki niemalże w każdej kategorii (podobno mają się pojawić również kosmetyki kolorowe). Niemal wszystkie kosmetyki wzbudziły moje zainteresowanie i chciałabym móc je wszystkie wypróbować ;) 


Najbardziej ucieszyłam się, że w ofercie Pat&Rub jest balsam dla kobiet w ciąży. Oczywiście nie mogłam go nie kupić ;) Poza tym bardzo zależało mi na kremie do stóp, który bez wyrzutów sumienia mogłabym używać w ciąży i takowy również znalazłam oraz kupiłam :)

Po pierwszym użyciu, kosmetyki zapowiadają się naprawdę obiecująco. Nie chcę teraz za dużo pisać bo na prawdziwą recenzję jest stanowczo za wcześnie, ale.... 

Jeśli chodzi o balsam do stóp to po 2 jego użyciach skóra na moich stopach jest cały czas gładka i miękka, a co najważniejsze nie jest wysuszona jak to było dotychczas. 


Natomiast balsamu troszkę się obawiałam, głównie pod względem zapachu, na który dużo osób narzeka. Zapach rzeczywiście nie jest najpiękniejszy i nie należy do moich ulubionych, jednak nie jest on taki, którego nie da się wytrzymać ;) Użyłam go wczoraj na wieczór i jeszcze dzisiaj było czuć, że brzuchol nadal jest dobrze nawilżony.


Wstępnie to tyle. Jestem bardzo ciekawa, czy po dłuższym używaniu będę z nich równie zadowolona. Z czasem na pewno podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami.

Miłą niespodzianką było dla mnie możliwość wyboru 2 darmowych próbek. Czeka mnie wypróbowanie scrubu cukrowego i balsamu chłodzącego, który również dzięki rozświetlających drobinkom podobno bardzo ładnie rozświetla skórę. 



Udanego wieczoru i reszty weekendu!

post signature

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Widmo przeszłości

Mimo, że wszystko jest w porządku, nic złego ze mną się nie dzieje i czuję się zdrowo, to jednak gdzieś tam we mnie tkwi jakaś obawa, strach że niespostrzeżenie znów mnie dopadnie. Ze strachem obserwuję siebie, swoje ciało, a gdy tylko zauważę lub poczuję coś co mi przypomina "tamto" zaczynam się bać. To właśnie w tym samym czasie, gdy byłam w ciąży z Klaudią moje ciało zaniemogło. Za nic w świecie nie chciałabym znów tego przeżywać i modlę się, aby to się nie powtórzyło, nigdy więcej.

Niestety, ciąża nie zawsze jest tak wspaniałym czasem oczekiwania jak to powszechnie się uważa, przynajmniej tak było u mnie. Generalnie nie mogę narzekać, bo gdyby dało się wyrzucić z pamięci w szczególności 2 miesiące, to ciąża z Klaudią przebiegałaby bardzo dobrze i byłaby naprawdę czymś cudownym. Jednak przez okres 2 miesięcy przeżywałam koszmar... 

Około 15 tygodnia niespodziewanie, bez żadnych objawów przeziębienia czy innej choroby, dopadła mnie gorączka, która trwała parę dni. A później się zaczęło... opuchnięte i okropnie bolące stopy i łydki. Nie mogłam wstać z łóżka, bo gdy tylko opuściłam nogi w dół i próbowałam na nie wstać ból był jeszcze gorszy i nie do wytrzymania. Nie było innego wyjścia jak udać się do szpitala, w którym zostałam na tydzień. Badali mnie wzdłuż i wszerz, a i tak nic konkretnego nie stwierdzono. Diagnoza: podejrzenie zapalenia żył głębokich podudzia czyli powszechnie zwana zakrzepica.

W skrócie:

Zakrzepica to choroba żył, która pojawia się nie tylko u kobiet ciężarnych. Jednak to ciąża i okres połogu znacznie zwiększają ryzyko wystąpienia tej choroby.

Ryzyko powstania zakrzepów zwiększa się u kobiet w ciąży z wielu powodów, m.in. na skutek oddziaływania na żyły hormonów produkowanych przez łożysko, a także ucisku ciężarnej macicy na naczynia, którymi krew płynie z dolnej połowy ciała. 

Zakrzepica polega na tym, że w wyniku niekorzystnych czynników w żyle powstaje skrzeplina (potocznie: zakrzep). Samo powstanie skrzepliny nie jest jeszcze niebezpieczne dla życia – przylega ona zwykle do ściany naczynia, utrudniając przepływ krwi, ale nie jest to śmiertelne zagrożenie. Niestety, u niektórych chorych jej większe lub mniejsze fragmenty mogą się oderwać. Po oderwaniu się od ścianek żył (zwykle dotyczy to żył kończyn dolnych), skrzepliny docierają wraz z krwią do tętnicy płucnej, powodując zator. U części chorych może dojść wtedy do zatrzymania krążenia i oddychania, a to często oznacza natychmiastową śmierć.

Objawy zakrzepicy:

  • ból, który nasila się przy chodzeniu i staniu, a mija przy unieruchomieniu
  • obrzęk w okolicy kostki, na całym podudziu lub nawet na udzie
  • zwiększone ucieplenie i zaczerwienienie skóry
  • nadmierne wypełnienie żył powierzchniowych
  • zasinienie skóry stóp i podudzi
  • gorączka
  • przyśpieszone tętno
(źródło: Internet) 


Objawy miałam typowe dla zakrzepicy, jednak żadne badanie na 100% u mnie jej nie potwierdziło, a w tym USG Dopplera, które nie wykryło żadnego zakrzepu. Poza tym ciąża była u mnie dość wczesna i macica nie była jeszcze na tyle duża, aby mogła uciskać tętnicę. Mimo to faszerowano mnie antybiotykami, badano, a i tak wypisano mnie z nie do końca sprawnymi nogami, choć było już znacznie lepiej. Przynajmniej mogłam jako tako chodzić, ale nogi nadal puchły i trochę bolały. Byłam przerażona, bo jak w szpitalu nie umieli mi pomóc, to czy ktokolwiek będzie potrafił? Czy ja w końcu dowiem się co mi jest? Czy to mi w ogóle przejdzie i będę mogła w końcu cieszyć się ciążą? I co najważniejsze, jak to wszystko wpłynie na moje dziecko? Czy leki mu nie zaszkodzą? Czy urodzi się zdrowe? Nie jedną noc przepłakałam. Stres był tak ogromny, że siedząc spokojnie czułam jak serce nagle wali mi w piersi jakbym właśnie skończyła jakiś sprint. Bałam się, że zakrzep jednak gdzieś tam jest i doprowadzi do zatoru płucnego, a to oznaczałoby najgorsze... To był najokropniejszy i najbardziej stresujący okres w moim życiu. Po wyjściu ze szpitala były konsultacje z kilkoma ginekologami, kardiologami. Nikt nie umiał powiedzieć co tak na 100% się ze mną działo. Na dodatek do końca ciąży (czyli jeszcze jakieś 6 miesięcy) i do 2 tygodni po porodzie musiałam brać Clexane na rozrzedzenie krwi, czyli codziennie robić sobie zastrzyki w brzuch. Nie wiem czy to dzięki niemu, ale z czasem było coraz lepiej, aż w końcu wszelkie dolegliwości minęły i do końca ciąży nie powróciły.

Na pocieszenie dla tych kobiet, które może to czytają i właśnie przeżywają podobne katusze: udało nam się to przetrwać! Najważniejsze, że córka urodziła się bez najmniejszych problemów i zdrowa. Teraz ma 2,5 roku i rozwija się wzorowo. Natomiast ja nie miałam później żadnych podobnych problemów z nogami.

Jednak widmo przeszłości ciągle nade mną krąży i nie daje o sobie zapomnieć. Od początku informowano mnie, że przy kolejnych ciążach profilaktycznie będę musiała ponownie całą ciążę brać zastrzyki z Clexane.... Jednak ostatecznie lekarz stwierdził, że jeśli na razie nic złego się nie dzieje, nie będziemy zaczynać z zastrzykami (DZIĘKI BOGU!), mimo to zupełnie bez leków się nie obędzie. Muszę przyjmować ACARD, tym razem tabletki na rozrzedzenie krwi. Każdy, nadprogramowo przyjmowany lek w ciąży wywołuje u mnie stres, jednak wierzę, że tym razem z maleństwem również będzie wszystko dobrze.

Teraz bacznie obserwuję swoje ciało i próbuję zapobiegać. Podobno ruch jest zbawienny. Dlatego staram się dużo nie siedzieć, a jak już muszę, to trzymam nogi na podwyższeniu i co jakiś czas kręcę stopami kółka, aby poprawiać krążenie. Jak tylko pogoda się poprawi i w końcu zniknie te okropne błoto z naszej drogi, to obowiązkowo zacznę codzienne spacery.


Trzymajcie się zdrowo i życzę Wam udanego tygodnia!


PS.
USG w kierunku wykrycia wad genetycznych wyszły bardzo dobrze, czyli dzidzia zdrowa :) Czekam jeszcze na wyniki z badania krwi. Oba badania dadzą ostateczny wynik. 



post signature


piątek, 5 kwietnia 2013

Kończymy pierwszy etap :)

Nie wiem kiedy to minęło, ale leci nam już 13 tydzień ciąży! A to oznacza koniec 1 trymestru! :) Czy zawsze tak jest, że drugiej i kolejnej ciąży nie przeżywa się tak jak pierwszą? Nie raz spotkałam się z taką opinią i teraz ja mogłam się przekonać, że to niestety prawda, przynajmniej u mnie się to potwierdza. Do tej pory jakoś specjalnie nie czułam, że jestem w ciąży. Mając już w domu małe dziecko po prostu nie ma czasu na spokojny odpoczynek, na buszowaniu w sieci i szukaniu informacji co właśnie dzieje się w brzuchu, na bujaniu w obłokach i planowaniu jak to będzie... 

Jednak wczoraj na kolejnym, drugim USG nastąpił jakiś przełom. To było niesamowite jak bardzo zmienił się maluch od ostatniego badania. To nie była już plamka na monitorze, a prawdziwe dziecko :D A co najlepsze uradowało mnie wczoraj ogromnie :) Ledwo powstrzymałam śmiech, gdy lekarz już zniecierpliwiony, próbował go zmierzyć i zbadać, a ten mój maluch ciągle fikał, ruszał rączkami, wyginał się :) Nie pamiętam, żeby Klaudia była taka ruchliwa podczas badania. Chyba rośnie nam niezły gagatek ;) 
A oto i on (troszkę niewyraźny ale lepszego ujęcia nie mam :)



Jeśli chodzi o samo badanie to z Małym wszystko OK. Wczoraj miał 6,69 cm :)

Natomiast ja czuję się już znacznie lepiej. Mdłości zdarzają się bardzo sporadycznie, ale smażonego mięsa jakoś nie mogę... nawet o nim myśleć ;) Za to badania wyszły mi nieciekawe, poleciała mi w dół hemoglobina i  musiałam zrobić posiew moczu ;/ Dlatego postanowiłam wziąć się za swoją dietę, m.in. bardziej regularnie, przynajmniej raz dziennie pić herbatę z pokrzywy, jeść więcej natki pietruszki i robić koktajle warzywne oraz zacząć pić sok z buraków bleee... Z Klaudią piłam go na początku ciąży niemal codziennie i dlatego sobie go obrzydziłam, ale czego się nie robi dla swoich dzieci :)

A dzisiaj był ciąg dalszy zakupowych szaleństw ;) No w sumie do szaleństw to może w tych zakupach daleko, ale dla mnie to miła odmiana, bo dawno nie miałam okazji sobie połazić po sklepach i kupować z czystym sumieniem. Jak wszystko robi się przykrótkie, za ciasne to nie ma zmiłuj ;) Dziś były poszukiwania spodni, takich typowo ciążowych. Nadszedł już czas, aby przebrać się w coś wygodniejszego. Spodnie ubierane do tej pory nie są jeszcze tragicznie ciasne, ale w ciążowych czuję się już o wiele bardziej wygodniej, swobodniej i brzuch lepiej widać ;P W H&M znalazłam takie jakie chciałam mieć jeszcze przed ciążą, ale nie mogłam takich dostać, więc gdy je zobaczyłam i przymierzyłam od razu wiedziałam, że będą moje ;)

H&M, 79,90 zł



Pozdrawiam i do następnego! :)


PS. Jutro znów stresy! Czeka mnie kolejne USG wykonywane tym razem w kierunku wad genetycznych płodu... Mimo to trzeba być dobrej myśli :)

post signature

wtorek, 2 kwietnia 2013

To były nasze Święta ;)

Witajcie moi Drodzy!

Mam nadzieję, że radośnie i bardzo rodzinnie spędziliście Święta Wielkiej Nocy.  My postanowiliśmy, że w tym roku na Święta nigdzie nie wyjeżdżamy (i dobrze bo pogoda była tragiczna), a nasza Trójka zaszyje się w domu, spędzając po praz pierwszy święta sami w naszym domu. Nie sądziłam, że będzie nam tak miło :) Pierwsze NASZE malowanie jajek, pierwszy NASZ koszyczek ze święconką, pierwsze NASZE śniadanie, pierwsze NASZE szukanie prezentów... Niby nic a cieszyło, nawet bardzo ;) Stwierdziłam, że czasami takie spędzenie czasu z dala od gwaru, mnóstwa ludzi jest fajną odmianą. Przy okazji miałam możliwość postawić sobie małe wyzwanie: po raz pierwszy w 100% sama zadbać o świąteczny stół. Troszkę się przy tym narobiłam, bo całą sobotę spędziłam w kuchni gotując i piekąc, a później do 3.00 jeszcze sprzątając. Jednak jaka w niedziele rano przy śniadaniu była satysfakcja.... :) Zwłaszcza, że mój mąż pochwalił mój żurek, który zrobiłam samodzielnie po raz pierwszy, na własnoręcznie przygotowanym zakwasie :D Dostałam skrzydeł, bo z ust mojego męża rzadko się to słyszy, a jeśli już coś chwali to oznacza, że naprawdę mu smakuje ;)

A w piątek przed Świętami przy okazji udania się do Firmy, zaliczyłam szybkie zakupy. Jednak kiedy oddawałam się tej wspaniałej przyjemności łażenia po sklepach i kupowania ze świadomością, że mam przed sobą kilka dobrych godzin, niespodziewanie zadzwonił mąż z wiadomością, że pracę dzisiaj kończy wcześniej i czy za godzinę będę już wolna.... Takim sposobem wróciłam na ziemię, a połowę ilości sklepów jakie miałam zamiar odwiedzić musiałam szybko wybić sobie z głowy. Na szczęście zdążyłam upolować kilka bluzek. Mój brzuch rośnie, OJ ROŚNIE, więc moje ubraniowe poszukiwania teraz związane są głównie z nim i ze zmieniającymi się już kształtami mojej figury. A oto co udało mi się kupić.


Bardzo udany zakup. Biała, przewiewna, idealna na wiosenno-letnie dni bluzka, z dodającymi jej uroku dżetami.

C&A, 49,90 zł





Granatowa, z haftowanymi kwiatkami, idealna na powiększający się brzuch :)

C&A, 69,99 zł


Uwielbiam wszelkie swetry, kardigany z CUBUSa. Pierwszy w pastelowej zieleni, drugi w pastelowym fiolecie.

CUBUS, 59,99 zł


CUBUS, 59,99 zł
Obecnie jest promocja: przy zakupie 2 swetrów za jeden zapłacimy 49,50 zł.


Czy Wy również macie już dosyć kozaków, szalików i grubych kurtek???

WIOSNO, GDZIE TY U DIASKA SIĘ PODZIEWASZ???!!!



Udanego tygodnia Wam życzę! :)

post signature

poniedziałek, 25 marca 2013

Rolety rzymskie

Odkąd zaczęłam interesować się wystrojami wnętrz, jestem nimi zauroczona. Według mnie są eleganckie, praktyczne, pasują do wnętrz w stylu nowoczesnym jak i klasycznym. Mogą być świetną alternatywą powszechnie znanych nam firanek i zasłon. Od początku wiedziałam, że chcę je mieć w swoim domu. Niestety wycena wykonania jednej rolety w wysokości ok 1000 zł (pierwotnie miało być ich 6 szt.) zaczęła nas zniechęcać. W końcu zdecydowaliśmy, że uszyjemy je sami. Po przestudiowaniu zasady ich działania i wykonania okazało się, że zrobienie rolet jest banalnie proste. Potwierdziła to moja mama, która podjęła się ich uszycia.


Ostatecznie powstały 3 szt...




Na to jakich przygód dostarczył nam podczas szycia materiał, efekt jest dla mnie niesamowicie zadowalający ;)


Na koniec 2 najistotniejsze według mnie rady, dla tych którzy zamierzają sami uszyć rolety rzymskie:

1. Wybrać odpowiedni materiał. 
Nie chodzi mi tu o wzór czy kolor, bo to oczywiście kwestia gustu, ale o rodzaj/skład materiału. Gdybym mogła jeszcze raz wybierać materiał na swoje rolety, wybrałabym tylko i wyłącznie 100% poliester. Moje rolety wykonane są z żakardu, materiału przeznaczonego na zasłony o składzie 70% poliester i 30 bawełna. Podczas szycia okazało się, że przy prasowaniu materiał się kurczy, a po jego wypraniu skurczył się o ok 5 cm na długości i 1,5 na szerokości! Poza tym mój materiał łatwo się gniecie i po opuszczeniu rolet często widać załamania w miejscach gdzie były fałdy. Materiał z jakiego była wykonana próbna roleta był w 100% poliestrem i takich załamań nie było.

2. Wybrać odpowiednią przekładnię łańcuszka w mechanizmie. 
Popularne są następujące przekładnie: 1:1, 1:2, 1:4. Ogólna zasada wygląda tak: przekładnię 1:1 stosuje się do tkanin lekkich, 1:2 do tkanin średnio ciężkich, 1:4 do tkanin cięższych. Z doświadczenia dodam, żeby przekładnię dobierać również do szerokości rolety, im szersza tym przekładnia powinna być większa. Dla przykładu: znajomi na przekładni 1:1 nie mogą podciągnąć rolety całkiem do góry, która jest w podobnym rozmiarze jak jedna z naszych. Ja mam taką roletę (szer. ok 1,60 m) z przekładnią 1:2 i podciągam ją bez problemu. Natomiast mechanizmy, które mają u mnie ponad 2 m mam już z przekładnią łańcuszka 1:4.


Życzę wszystkim udanego tygodnia! :)

post signature


sobota, 16 marca 2013

Sobotnie debiuty: Pierogi ruskie

Witajcie ;)
Siedząc teraz w domu teoretycznie powinnam mieć więcej czasu chociażby na blogowanie, komentowanie, ale ostatnio skutecznie zajmują mi cały czas inne rzeczy. Przez ostatnie 2 tygodnie była u nas z wizytacją moja mama. W końcu mogłyśmy zabrać się za rolety rzymskie, które powinny zawisnąć już w grudniu... Jak widać dość znacznie odwlekło nam się to w czasie. Jednak najważniejsze, że nasz projekt się udał i nareszcie zdobią nasze okna :D Choć przyznam, że momentami traciłam nadzieję i nerwy, bo w trakcie szycia wyszła niemiła niespodzianka związana z materiałem, ale o tym może innym razem.

Tym razem ma być kulinarnie, bo ostatnio więcej gotuję. Dzięki Bogu moje mdłości się skończyły, a przynajmniej nie są już tak uciążliwe jak wcześniej. Zauważyłam, że bardzo mi pomaga jedzenie mniejszych porcji i nie najadanie się na noc oraz unikanie mięsa zwłaszcza smażonego. Na samą myśl o mięsie robi mi się niedobrze ;/ Dlatego ostatnio wymyślam dania bezmięsne. Tym razem miałam ochotę na pierogi ruskie, które prawdę mówiąc robiłam pierwszy raz ;) Przy okazji chciałam wypróbować wychwalany w mojej rodzinie przepis mojej cioci na ciasto do pierogów, który rzeczywiście jest rewelacyjny - nie klei się, nie rozrywa, idealny dla kogoś kto pierwszy raz ma zamiar zabrać się za wyrabiane ciasto, bo na pewno się do niego nie zrazi ;)

A oto jak ja robiłam swoje pierogi.


Na 570 g ugotowanych (najlepiej dzień wcześniej) ziemniaków użyłam 300 g twarogu. Wszystko razem zmieliłam w maszynce do mięsa. Następnie zeszkliłam na oleju 2 średnie cebule pokrojone w drobną kostkę i dodałam do masy ziemniaczano-serowej. Wszystko wymieszałam i doprawiłam solą oraz pieprzem. Farsz powinien być dość mocno doprawiony pieprzem, aby było w nim widać charakterystyczne dla niego czarne kropeczki ;) Ja tym razem zrobiłam łagodniejszą wersję, bo nie chciałam aby był za ostry ze względu na moją 2,5 letnią córkę. Jednak to jak doprawicie farsz zależy od Waszych indywidualnych preferencji.



Następnie zabrałam się za ciasto, na które potrzeba:

4 szklanki mąki pszennej
4 łyżki oleju
1 płaska łyżeczka soli
1 szklanka letniej wody

Wszystkie składniki łączymy ze sobą i wyrabiamy ciasto. To ciasto jest super ze względu na to, że w trakcie wyrabiania i wałkowania nie trzeba w ogóle podsypywać mąką ponieważ się nie klei. Blat miałam zupełnie czysty :)


 
Gotowe ciasto porcjowałam na niewielkie kawałki, które rozwałkowałam, a następnie wycinałam w nich szklanką krążki. Krążek lekko rozciągnęłam palcami i na jego środek wyłożyłam pełną łyżeczkę farszu. Brzegi zagniotłam i przydusiłam widelcem, aby lepiej się zlepiły.




Gotowe pierogi wrzuciłam do lekko osolonego wrzątku. Gotowałam ok. 4 min od momentu wypłynięcia pierogów na wierzch wody.


Ugotowane pierogi podałam z cebulką usmażoną na oleju.





Zrobiłam ciasto z 1,5 porcji. Wyszło mi 64 pierogów wyciętych szklanką o średnicy 8,2 cm.  
Były naprawdę dobre, a odsmażane później na patelni były jeszcze lepsze ;)


PS. Ostatnio zrobiłam swój pierwszy chleb na zakwasie. Nie sądziłam, że to takie proste :) Pokażę Wam następnym razem ;)


post signature

poniedziałek, 4 marca 2013

Motylki

Nareszcie! Słoneczko cudownie grzeje ;) W domu od razu zrobiło się bardziej pogodnie, jasno, słonecznie, aż chce się żyć. Szkoda tylko, że wychodząc na zewnątrz wiatr nadal jest niesamowicie zimny i przenikliwy, ale czuję w kościach, że to już ostatnie chwile tej zimy. 

Staram się już myśleć o wiośnie, dlatego ostatnio zawitały u nas motylki. Jak na razie na talerzu, ale dla mnie to już coś ;)


Na koniec tak jak obiecałam, przedstawiam Wam jeszcze jednego motylka, który 7 tyg temu zamieszkał w moim brzuchu ;)



Nawet sobie nie wyobrażacie jaką poczułam ulgę gdy usłyszałam bicie serduszka i słowa lekarza, że wszystko jest OK :D Maluch w miniony czwartek miał 11,8 mm długości :)

A u mnie bywa różnie. Na początku nie było za ciekawie bo miałam brudzenia i muszę teraz łykać tabletki podtrzymujące ciążę, a od paru dni siedzę na zwolnieniu. Mdłości nadal mnie trzymają. Jednak zauważyłam, że w dzień jest lepiej, ale za to wieczorem często mocniej mnie zemdli. Próbuję jeść mniej a częściej i nie najadać się na wieczór. Wtedy jest o wiele lepiej. Jedynie co mnie obecnie przeraża to moja waga. Zarówno z Klaudią jak i teraz startowałam z tą samą wagą, ale w tej chwili ważę tyle co z Klaudią w 12 tyg, a nie wydaje mi się, żebym jadła jakoś specjalnie więcej ;-/ Mam nadzieję, że to tylko chwilowy, tak przyspieszony przyrost kilogramów ;)

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanego tygodnia!


post signature

poniedziałek, 18 lutego 2013

14.10.2013r.

Witajcie po nieplanowanej krótkiej przerwie. Muszę w końcu coś napisać bo czekam i czekam aż wreszcie wróci mi moja dawna energia i zapał do pisania, ale coś nie mogę się tego doczekać i cisza z mojej strony trwałaby pewnie znacznie dłużej....

Myślałam, że będę mogła więcej napisać i pokazać, ale muszę uzbroić się w cierpliwość, jeszcze przez najbliższe 1,5 tygodnia.

Na dzień dzisiejszy wiem jedno, ok 14.10.2013r. będziemy już we czwórkę ;) Tak tak, nasza akcja "Zróbmy sobie syna" udała się nam za pierwszym razem ;) Oczywiście nie wiadomo czy to Syn, ale mamy 50% szans ;) Nie wiem czy zadziałał u mnie instynkt macierzyński, ale nawet gdy test pokazywał tylko jedną kreskę, wiedziałam że się udało ;) Po tygodniu potwierdziły to dwa kolejne testy, które pokazały już dwie piekne czerwone kreseczki ;)

Jestem już po pierwszej wizycie u ginekologa. Dziś zaczynam 5 tydzień. Miałam nadzieję, że będę mogła już zobaczyć naszą fasolkę na monitorze i troszkę się uspokoić, ale lekarz stwierdził, że to jeszcze maleństwo i pewnie nic nie byłoby widać. Chciałabym mieć pewność, że na pewno tam jest, że serduszko bije i wszystko przebiega prawidłowo. Po ostatniej nieudanej ciąży z lata mam małe obawy, że może się to powtórzyć, ale staram się odpędzać te myśli bardzo daleko i myśleć tylko pozytywne.

W poprzedniej poronionej ciąży nie czułam zupełnie nic. Przy 9 tyg. zaczęło mnie zastanawiać brak mdłości czy innych dolegliwości. Natomisat teraz jest zupełnie inaczej i to mnie uspokaja ;) Zanim test wyszedł pozytywnie wiedziałam, że się udało bo zaczęłam zauważać i odczuwać różne sygnały.

Pierwszym sygnałem dla mnie była senność, która pojawiła się niemal od razu. Tak jak zawsze mój wieczór trwał do 23-24 a nawet i dłużej, to teraz o 21-szej jestem już w łóżku. Stąd moja nieobecność na blogu. W pracy mam mnóstwo roboty, a przychodząc do domu nawet nie patrzę w stronę komputera. Szybko robię swoje i do łóżka. Już dawno się tak nie wysypałam jak przez ostatni miesiąc ;)

Kolejny sygnał odczułam w ostatni dzień stycznia - zaczęły się mdłości, które męczą mnie do dziś i niestety jeszcze troszkę mi potowarzyszą. Na szczęście nie latam do kibelka, z Klaudią też nie wymiotowała, za to cały dzień mnie mdli i jest mi nie dobrze. Czasami wpadnie mi do głowy coś co mogłabym z chęcią zjeść, ale jak już to mam to chęć mi mija... i tak w kółko. Najgorsze dla mnie jest przygotowywanie posiłków dla rodziny. Jakiś czas temu obiecałam mężowi, że jak w końcu dostanę nowy pekarnik to będę mu robić różne pyszności, a co weekend będę piec ciasto. Piekarnik jest, ale co z tego jak mi nie dobrze na samą myśl o jedzeniu ;/ Od 2 tygodni nie zrobiłam nic prócz frytek i zapiekanek... Chyba będzie konieczne wywiesić w kuchni karteczkę: "SAMOOBSŁUGA. DO ODWOŁANIA".

I ostatnia rzecz na dzień dzisiejszy sygnalizująca mi, że jestem w ciąży to pełniejsze piersi ;)


Mam nadzieję, że za 1,5 tyg będę mogła nie tylko coś napisać, ale również pokazać ;)


Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam udanego tygodnia ;)


 post signature

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Niech mu już będzie.... będę zarządzać ;)

Nawet sobie nie wyobrażacie ile ja się już nasłuchałam od mojego męża za każdym razem gdy mówiłam "Nie mam czasu". Dla niego takie stwierdzenie nie istnieje i za wszelką cenę chce do tego przekonać i mnie. On się już nie raz i nie jednego zarządzania na szkoleniach uczył i dlatego teraz dostrzega to co ja robię źle. Raz stwierdził, że nie zawsze radzę sobie z zarządzaniem czasu i wyznaczaniem sobie priorytetów. Nie do końca się z nim zgadzam, bo mam już wypracowany swój sposób na wyrobienie się ze sprawami jakie mam do zrobienia, ale niech mu już będzie, przyznaję mu rację, że jednak czasami te moje sposoby nie wystarczają. Nie lubię jak się ten mój mężulek tak wymądrza, dlatego postanowiłam sama się troszkę w tej kwestii podszkolić :) Ten cel został jednym z moich postanowień noworocznych. Generalnie rok 2013 chcę poświęcić na rozwój osobisty w różnych dziedzinach. Chcę się nauczyć nie tylko efektywnego zarządzania czasem, ale również planowania i organizowania.

W związku z moimi planami zaczęłam czytać nową książkę "Zarządzanie czasem czyli jak efektywnie planować i realizować zadania". W domu znalazłam również materiały szkoleniowe męża, które dzisiejszego wieczoru mam zamiar przejrzeć i sprawdzić jakie mądrości z nich płyną ;)


Liczę na to, że wreszcie odnajdę metody, które pomogą mi ulepszać siebie i się rozwijać. Jeśli coś znajdę, wypracuję to bardzo chętnie się z Wami tym podzielę - być może okażą się skutecznie nie tylko mnie ;)

Jeśli znacie i polecacie poradniki/blogi/czasopisma w temacie zarządzania czasem, efektywnym planowaniem i organizacją, rozwojem osobistym to proszę piszcie. Chętnie się z nimi zapoznam (abym to ja mogła się troszkę mężowi powymądrzać ;P).


Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanego dnia!


post signature


czwartek, 17 stycznia 2013

Zróbmy sobie syna!


Mąż wreszcie (ku mojej ogromnej radości bo ciągle tylko coś koło domu robi) sam ostatnio stwierdził, że trzeba naszą chałupę w końcu doprowadzić do porządku, w sensie pokończyć co jest rozgrzebane czy zabrać się za to co jeszcze zrobić trzeba. W związku z tym na najbliższe miesiące zaplanowaliśmy kilka projektów do wykonania: zrobienie biblioteczki, szafy w wiatrołapie, spiżarni pod schodami i w końcu zabranie się za piętro. Wyzwanie dla nas będą szafy, bo mamy zamiar zrobić je sami ;)

A w pracy jeszcze więcej zamętu. Nie wykluczone, że Firma będzie chciała się ze mną pożegnać, bo nie zgodzę się na warunki mi zaproponowane, choć Dyrektor zapewnia mnie, że to nie warunkuje moje być albo nie być w Firmie. Zobaczymy...

Jednak to wszystko jest dla mnie teraz mało ważne w porównaniu z tym co obecnie dzieje się w mojej głowie. Myślę tylko o tym, że to już czas, że chcę (chcemy) drugie, że chcę (chcemy) SYNA!! ;)

Źródło: Pinterest

Ale jak tu sobie tego SYNA zrobić??? Stres się pojawia, bo jak przy pierwszym było nam wszystko jedno to teraz plany co do płci drugiego dziecka mamy bardziej konkretne. Wiadomo, najważniejsze aby było zdrowe, mimo to byłoby cudownie gdyby jednak plan się udał ;)

Postanowiłam nie wszystko pozostawić przypadkowi ;) Próbuję kombinować z dietą. Podobno na syna trzeba jeść banany, pełnoziarniste pieczywo, musli, chudą wędlinę, ziemniaki, daktyle, pestki słonecznika, pić sok pomidorowy czyli dieta bogata w potas, wapń, sód, witaminy C i E oraz B12. Natomiast unikać czekolady (o zgrozo), produktów mlecznych, orzechów.

Źródło: Internet

Tak na prawdę za bardzo w to wierzę, a nawet jeśli to ma jakiś wpływ na płeć dziecka, to pewnie trzeba byłoby zacząć stosować taką dietę znacznie wcześniej. Mimo wszystko trzeba przynajmniej spróbować ;)
 
Doczytałam się również, że kobiety pijące przynajmniej 2 kawy dziennie częściej rodziły chłopców. Ja planując Klaudię kawy nie pijałam wcale, teraz wypijam 2 kubki dziennie :D

Źródło: Internet


 O wiele większe szanse widzę w innej metodzie, która bardziej do mnie przemawia, a mianowicie w metodzie Shettlesa inaczej owulacyjnej. W skrócie: plemniki "męskie" w porównaniu to "żeńskich" są szybsze, ale za to mniej odporne i żyją krócej. Wniosek: starać się w momencie owulacji, wówczas "męski" plemnik pierwszy dotrze do celu i voila - synek gotowy ;)



I na koniec pocieszająca nas ciekawostka: według metody chińskiej w tym miesiącu mamy szansę na chłopca ;) JUPI!! :D

Najbliższy weekend....



....zapowiada się bardzo pracowity ;P


Miłego wieczoru :)

post signature

poniedziałek, 14 stycznia 2013

I love DOVE

Witajcie Kochani :) 

Nie wiem jak Wy, ale ja cieszę się, że poniedziałek dobiega ku końcowi, bo dla mnie to oznacza wdrożenie się w tygodniowy cykl pracy. Jutro znacznie łatwiej będzie wstać i pracować :) Ja już wykąpana, w szlafroczku i kubkiem zielonej herbaty odpoczywam sobie przy kominku, który tak cudownie mnie grzeje... :D 
Ale do sedna. 
Myjąc dzisiaj włosy postanowiłam, że w końcu napiszę Wam o moich aktualnych kosmetykach do ich pielęgnacji, którymi jestem zachwycona.

Jeśli chodzi o kosmetyki do mycia włosów to ja za często nie eksperymentuje i ich nie zmieniam. Nie wiem dlaczego, ale kiedyś zaskutkowało to u mnie wystąpieniem łupieżu, co mnie skutecznie zniechęciło. Poza tym mam tak, że jeśli z czegoś jestem zadowolona, to nie widzę potrzeby aby to często zmieniać. I tak przez X lat królowały u mnie kosmetyki Pantene Pro-V. Byłam z nich naprawdę zadowolona. Kilka miesięcy temu w końcu postanowiłam wypróbować coś nowego. Chciałam jeszcze bardziej odżywić i wygładzić swoje włosy. Postanowiłam dać szansę kosmetykom z DOVE, które okazały się dla mnie strzałem w 10.

W sumie przetestowałam 3 wersje. Najpierw była seria Intense Rapeir, później Nourishing Oil Care, a obecnie używam Silk&Sleek - z niej jestem najbardziej zadowolona.



Producent zapewnia, że szampon i odżywka zawiera Micro Moisture Serum, które odżywia włosy oraz wygładza ich powierzchnię, sprawiając że stają się gładkie jak jedwab. Włosy są także mniej podatne na skręcanie pod wpływem wilgoci.





I ja to potwierdzam. Osobiście uważam, że najlepiej stosować nie tylko szampon, ale przede wszystkim odżywkę - jak dla mnie tylko taki duet daje najlepszy efekt.

Tak na marginesie polecam inwestować w same odżywki ponieważ różnica między kondycją włosów po odżywce a samym szamponem lub szamponem 2w1 jest ogromna. 

Obecnie nie wyobrażam sobie już moich włosów bez tej odżywki. Po umyciu ich szamponem nakładam ją dość sporo, tak aby dokładnie pokryła moje włosy, nie tylko z wierzchu, ale również od środka, od spodu (uważając, aby nie nakładać na skórę głowy) i pozostawiam na 2 minuty. Już podczas spłukiwania można poczuć wyraźną różnicę. Włosy stają się niesamowicie mięciutkie i gładkie.





Potwierdzają to także inni członkowie mojej rodziny :)

Mój mąż używa moich szamponów. Gdy ja je zmieniam to on również ;) Po przejściu na szampon DOVE sam stwierdził, że jego włosy są przyjemniejsze w dotyku.

Również moja mama, wierna Pantene Pro-V, poczuła różnicę używając szamponu i odżywki DOVE podczas ostatniego pobytu u nas. Tuż po tym jak je użyła, z myślą o tym poście chciałam ją podpytać co sądzi o tych kosmetykach, jednak postanowiłam, że poczekam i zobaczę czy sama coś powie - długo nie musiałam czekać :) Po kilkunastu minutach sama zaczęła je chwalić twierdząc, że włosy ma zdecydowanie gładsze i miękkie :)

Jestem ciekawa czy Wy również zaliczacie się do fanów kosmetyków do pielęgnacji włosów DOVE? 
Ja zdecydowanie TAK!

Spokojnej nocy i do następnego :)
post signature

sobota, 5 stycznia 2013

Nie ma nic lepszego niż coś nowego

Wracając po urlopie do pracy gdzieś zapodział mi się mój przedświąteczny entuzjazm i optymizm. Już w Święta było go znacznie mniej, z powodu braku mojej rodziny, a po 1 dniu pracy zniknął zupełnie. Czekałam na 2 stycznia z wielkimi nadziejami na moją dalszą przyszłość zawodową. Myślałam, że w tej sferze wreszcie trafiły mi się dobre wiatry. Cieszyłam się na myśl o tym, że jest szansa zdobyć nowe doświadczenie. Byłam coraz bardziej przekonana, że ostatnie zawirowania w pracy były po to, aby trafiła mi się taka okazja. Jednak nie wyszło. Trochę mnie to przygnębiło. Jednak mówię sobie po prostu "Trudno. Tak najwyraźniej miało być. Nic się nie dzieje bez przyczyny". 
Przyznam się Wam, że kiedyś takie porażki przeżywałam o WIELE gorzej. Ciągle w głowie kołatały mi się pytania: "Dlaczego?? Dlaczego ja?? Dlaczego mnie to spotkało?" i ciągle gdybałam, bezustannie. Od jakiegoś czasu zmieniłam swoje podejście i wierzcie mi, że w takich sytuacjach jest mi teraz znacznie lepiej i łatwiej. Wierzę w to, że nic nie dzieję się bez powodu i to, że teraz  nie udało mi się osiągnąć tego co chciałam, spowodowane jest tym, że czeka mnie coś jeszcze lepszego :)

Nie zmienia to jednak faktu, że niesmak pozostaje i dlatego musiałam wczoraj wyskoczyć do Galerii, bo nic tak nie poprawia humoru jak sprawienie sobie czegoś nowego :)

W H&M wychodząc już z pustymi rękami trafiłam na bluzkę, która od razu mnie urzekła swym ażurowym dekoltem i rękawami 3/4 :)

 


Weszłam też do EMPIKu po nową książkę (dotrzymałam słowa i do końca 2012 nie kupiłam ani jednej :D). Jednak nie było tego czego szukałam, ale wyszłam z takimi oto kawałkami filcu.


Na szybko powstał mi w głowie projekt pokrowca na telefon, którego obecnie nie mam, a bardzo by mi się przydał :)


Udanego wieczoru!

post signature


czwartek, 3 stycznia 2013

Witajcie w Nowym Roku!

Oj, dałam ciała na zakończenie 2012 r. Żadnego posta... żadnych życzęń świątecznych....

Ostatnio nie miałam tyle czasu, aby spokojnie usiąść przed komputerem. Do tego Święta nie były takie jakie sobie zaplanowałam i kiepski net, a momentami nawet jego brak, zaowocowało brakiem chęci na cokolwiek. Zaszyłam się w domu i postanowiłam chociaż zabrać się za porządkowanie papierów, a konkretniej faktur za budowę i przygotowanie wniosku o zwrot VAT za materiały budowlane.
BTW: Jeśli ktoś z Wam chciałby dostać zwrot VAT za niektóre poniesione wydatki związane z budową/remontem to musi złożyć pierwszy wniosek do końca tego roku. Po 2013 roku już nie będzie takiej możliwości...

Święta generalnie przebiegły nam spokojnie. Troszkę byłam przeziębiona, ale na szczęście szybko mi przeszło. Jednak najgorsze co mogło się mi przydarzyć i niestety się wydarzyło, to niemożność zobaczenia mojej rodziny i spędzenia razem tych wyjątkowych dni. Pisałam wcześniej, że mieli do nas przyjechać moi rodzice, brat i bratowa, ale nie przyjechali... Na Wigilii była tylko rodzina męża. Moja mama poważniej zachorowała, przez co musiała zostać w domu, a co za tym idzie reszta rodziny również. No i plan Super Święt wziął w łeb...

Tak więc, ostatnio mało mnie tu było, ale postanawiam poprawę i w Nowym Roku częściej coś do Was skrobnąć - niech to będzie jedno z moich postanowień noworocznych ;)

A propos postanowień noworocznych. Ja, jak co roku zamierzam sobie takowe spisać. Nie będzie ich dużo, ale gdyby udało mi się je zrealizować to byłobym CUDOWIE !! ;) Choć już wiem, że może być ciężko, aby je zrealizować w tym roku. Mimo to nie zamierzam rezygnować i muszę przynajmniej spróbować :)

Na koniec chcę Wam życzyć Szczęsliwego Nowego 2013 Roku. Niech te najbliższe 12 miesięcy będą przepełnione samymi sukcesami zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym :) 


Miłego dnia!

post signature