Modowych inspiracji lubię szukać podglądając gwiazdy i ulubione blogi, dlatego ostatnio w wolnej chwili buszowałam w sieć, aby się troszkę zainspirować na sezon wiosenno-letni oraz poznać trendy na nadchodzące miesiące. Oto kilka ciążowych stylizacji jakie wpadły mi w oko :)
Jessica Alba
Kourtney Kardashian
Kristin Cavallari
Ania Mucha
Vanessa Minnillo Lachey
Dulce Candy - blogera, której styl jest bardzo w moim stylu :)
Źródło: Internet
U mnie od rana bezchmurne niebo :DWam również życzę bezchmurnej i ciepłej niedzieli :)
Dziś chcę Wam pokazać jak ja robię chleb na zakwasie. Chleb domowej roboty jem od paru lat i już sobie nie wyobrażam, aby w domu mogłoby go zabraknąć. Pierwszy raz taki chleb spróbowałam u teściów, którzy pieką go na drożdżach. Z kolei teściowa nauczyłam robić go moją mamę, która z czasem przeszła na chleb robiony na zakwasie (podobno jest zdrowszy). Obiecałam sobie, że jak tylko będę na swoim ja również będę piec chleb. Dwa miesiące temu w końcu dorobiłam się nowego piekarnika przez co mogłam zabrać się za pieczenie. Akurat wtedy przyjechała do nas moja mama, która przywiozła migotowy już zakwas, na którym od razu mogła mnie uczyć. Od tamtej pory kupny chleb mam tylko w zamrażarce, tak na wszelki wypadek ;)
A więc do dzieła ;)
Na początku trzeba wyhodować sobie zakwas, co niestety musi potrwać parę dni. Jak już wspomniałam ten etap mnie ominął. Jednak poprosiłam mamę, aby opisała mi jak zrobić taki zakwas. Podesłała mi link do filmiku gdzie wszystko jest bardzo dobrze pokazane i wyjaśnione. W związku z tym nie będę się już niepotrzebne rozpisywać, dlatego polecam Wam poniższe video :)
W filmiku polecana jest mąka żytnia. Ja do dokarmiania zakwasu używam mąki pszennej razowej o typie 2000 i również bardzo dobrze mi wychodzi. Należy zwracać uwagę, aby typ mąki był jak najwyższy.
Gdy już dochowamy się zakwasu można przystąpić do przygotowywania ciasta na chleb :) Do tego będzie nam potrzebne:
400-450 g przygotowanego wcześniej zakwasu -> Ja zazwyczaj daję 450 g.
700 g mąki pszennej-> Do wyrabiania chleba używam już zwykłej, pszennej mąki. Tu idealnie sprawdza się mąka Babuni o typie 650 dostępna w Biedronce.
700 ml ciepłej (nie gorącej) przegotowanej wody
1 (nie płaska, nie czubata) łyżka soli
100 g otrąb pszennych
dodatki: pestki słonecznika, pestki dyni, siemię lniane -> Ja dodaję 3 łyżki łuskanych pestek słonecznika. Oczywiście z dodatków można zrezygnować lub je dowolnie modyfikować według uznania.
Odpowiednią ilość zakwasu wlewam do miski. Następnie dodaję mąkę, wodę, otręby pszenne i sól. Wszystko mieszam mikserem (używam mieszadeł hakowych). Wyrabiam ciasto przez 5 min. Po tym czasie odstawiam miskę na 20 min przykrywając ją np. ściereczką lub pokrywką. Po 20 min dodaję dodatki, w moim przypadku słonecznik i znów wyrabiam ciasto mikserem przez 5 min.
Między jednym a drugim mieszaniem ciasta, przygotowuję blaszkę, wykładając ją papierem do pieczenia. Ja używam keksówki o wymiarach 35 cm x 12 cm.
Gotowe, wyrobione ciasto wykładam na blaszkę. Ciasto powinno być bardzo gęste, gumiaste. Tak naprawdę różne mi to ciasto wychodzi, raz rzadsze raz gęstsze, ale i tak za każdym razem chleb wychodził idealnie.
Mimo iż ciasto mamy na blaszce, to na pieczenie trzeba jeszcze poczekać :) Następnie tak przygotowane ciasto musi postać w ciepłym miejscu, aby wyrosło. Ja w tym celu nagrzewam piekarnik do 60 stop.C. Gdy jest nagrzany, wyłączam i wstawiam blaszkę do ciepłego piekarnika. Zanim chleb odpowiednio wyrośnie trwa to u mnie 3-3,5 godziny. Oczywiście nie trzeba tyle czasu czekać. Najważniejsze, aby ciasto choć odrobinę urosło. Jednak z doświadczenia wiem, że warto poczekać, bo im więcej wyrośnie przed pieczeniem, to po upieczeniu chleb nie będzie zbity tylko pulchny, a tym samym smaczniejszy :) Ja zawsze czekam aż urośnie mi do brzegów blaszki.
Gdy chleb już wyrośnie, nie wyjmuję go z piekarnika tylko od razu włączam piekarnik. Moja mama twierdzi, że chleb powinno się piec tradycyjnie, jednak zarówno ona jak i ja pieczemy go w termoobiegu. Ja piekę go w 190 stop.C....
przez godzinę...
i voila :)
Upieczony chlebek od razu wyjmuję z piekarnika, wyciągam z blaszki, odrywam papier i pozostawiam aż wystygnie. Po tym czasie można się już zajadać :)
Pozostały zakwas w słoiku (zawsze musi troszkę zostawić, aby później mieć z czego zrobić kolejny chleb) przykrywam nakrętką (nie zakręcam), przykrywam folią i wstawiam do lodówki.
Tak może stać nawet tydzień. Gdy kończy się chleb, zakwas wyciągam z lodówki w ciepłe miejsce na ok 2 godziny, aby się zagrzał. Następnie zaczynam dokarmianie. Do słoika wsypuję pół szklanki mąki pszennej razowej, pół szklanki ciepłej (nie gorącej) przegotowanej wody i dokładnie mieszam. Można przyjąć inne ilości, najważniejsze aby miara był taka sama dla mąki i wody. Odstawiam w ciepłe miejsce, np. na parapet lub nagrzewam piekarnik. Gdy po ok 2 godzinach zakwas zacznie pracować, bąbelkować znów dokarmiam. Czynność powtarzamdo momentu aż będę go miała prawie cały słoik, wtedy mogę zacząć przygotowywać ciasto na chleb.
Jeśli macie możliwość, chęci, czas to szczerze Wam polecam spróbować zrobić swój własny chleb. Wbrew pozorom nie jest to trudne, zwłaszcza jak nabierze się wprawy. Cały proces wymaga sporo czasu, ale naprawdę warto :)
Gdybym namówiła kogoś na własnoręcznie robiony chleb, to koniecznie proszę się później pochwalić efektami :)
Mam nadzieję, że miło spędzacie swój weekend :) Nareszcie doczekaliśmy się prawdziwej wiosny, a nas dzisiaj zaszczyciła nawet pierwsza wiosenna burza :) Wreszcie mogłam wybrać się z Klaudią na spacer i plac zabaw oraz zrobić pierwszy wiosenny obchód ogródka. W tym roku musimy doprowadzić go do porządku i ustalić ostateczny projekt. Z mężem zadecydowaliśmy, które drzewka mają być usunięte, które przesadzone, a jakie trzeba jeszcze zasadzić. Gdzie konkretnie będzie warzywniak, gdzie trzeba posadzić tuje itd itp. Od razu przypomniałam sobie za co kocham wiosnę ;)
Pozostając w tematyce natury, wczoraj dotarła do mnie przesyłka z kosmetykami Pat&Rub, których nie mogłam się wręcz doczekać ;) Teraz, gdy jestem w ciąży zwracam szczególną uwagę na to jakich kosmetyków używam. Obecnie staram się, aby były jak najbardziej naturalne. Szukałam czegoś na mój rosnący brzuchol, jednak ciężko w drogeriach znaleźć coś naturalnego dlatego postanowiłam zapoznać się z produktami firmy Pat&Rub, o których co nieco kiedyś słyszałam.... i przepadłam. Jestem pod wrażeniem, że mamy polską firmę, która oferuje w 100% naturalne kosmetyki niemalże w każdej kategorii (podobno mają się pojawić również kosmetyki kolorowe). Niemal wszystkie kosmetyki wzbudziły moje zainteresowanie i chciałabym móc je wszystkie wypróbować ;)
Najbardziej ucieszyłam się, że w ofercie Pat&Rub jest balsam dla kobiet w ciąży. Oczywiście nie mogłam go nie kupić ;) Poza tym bardzo zależało mi na kremie do stóp, który bez wyrzutów sumienia mogłabym używać w ciąży i takowy również znalazłam oraz kupiłam :)
Po pierwszym użyciu, kosmetyki zapowiadają się naprawdę obiecująco. Nie chcę teraz za dużo pisać bo na prawdziwą recenzję jest stanowczo za wcześnie, ale....
Jeśli chodzi o balsam do stóp to po 2 jego użyciachskóra na moich stopach jest cały czas gładka i miękka, a co najważniejsze nie jest wysuszona jak to było dotychczas.
Natomiast balsamu troszkę się obawiałam, głównie pod względem zapachu, na który dużo osób narzeka. Zapach rzeczywiście nie jest najpiękniejszy i nie należy do moich ulubionych, jednak nie jest on taki, którego nie da się wytrzymać ;) Użyłam go wczoraj na wieczór i jeszcze dzisiaj było czuć, że brzuchol nadal jest dobrze nawilżony.
Wstępnie to tyle. Jestem bardzo ciekawa, czy po dłuższym używaniu będę z nich równie zadowolona. Z czasem na pewno podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami.
Miłą niespodzianką było dla mnie możliwość wyboru 2 darmowych próbek. Czeka mnie wypróbowanie scrubu cukrowego i balsamu chłodzącego, który również dzięki rozświetlających drobinkom podobno bardzo ładnie rozświetla skórę.
Mimo, że wszystko jest w porządku, nic złego ze mną się nie dzieje i czuję się zdrowo, to jednak gdzieś tam we mnie tkwi jakaś obawa, strach że niespostrzeżenie znów mnie dopadnie. Ze strachem obserwuję siebie, swoje ciało, a gdy tylko zauważę lub poczuję coś co mi przypomina "tamto" zaczynam się bać. To właśnie w tym samym czasie, gdy byłam w ciąży z Klaudią moje ciało zaniemogło. Za nic w świecie nie chciałabym znów tego przeżywać i modlę się, aby to się nie powtórzyło, nigdy więcej.
Niestety, ciąża nie zawsze jest tak wspaniałym czasem oczekiwania jak to powszechnie się uważa, przynajmniej tak było u mnie. Generalnie nie mogę narzekać, bo gdyby dało się wyrzucić z pamięci w szczególności 2 miesiące, to ciąża z Klaudią przebiegałaby bardzo dobrze i byłaby naprawdę czymś cudownym. Jednak przez okres 2 miesięcy przeżywałam koszmar... Około 15 tygodnia niespodziewanie, bez żadnych objawów przeziębienia czy innej choroby, dopadła mnie gorączka, która trwała parę dni. A później się zaczęło... opuchnięte i okropnie bolące stopy i łydki. Nie mogłam wstać z łóżka, bo gdy tylko opuściłam nogi w dół i próbowałam na nie wstać ból był jeszcze gorszy i nie do wytrzymania. Nie było innego wyjścia jak udać się do szpitala, w którym zostałam na tydzień. Badali mnie wzdłuż i wszerz, a i tak nic konkretnego nie stwierdzono. Diagnoza: podejrzenie zapalenia żył głębokich podudzia czyli powszechnie zwana zakrzepica.
W skrócie:
Zakrzepica to choroba żył, która pojawia się nie tylko u kobiet
ciężarnych. Jednak to ciąża i okres połogu znacznie zwiększają
ryzyko wystąpienia tej choroby.
Ryzyko powstania zakrzepów zwiększa się u kobiet w ciąży z wielu
powodów, m.in. na skutek oddziaływania na żyły hormonów produkowanych
przez łożysko, a także ucisku ciężarnej macicy na naczynia, którymi krew
płynie z dolnej połowy ciała.
Zakrzepica polega na tym, że w wyniku niekorzystnych czynników w żyle
powstaje skrzeplina (potocznie: zakrzep). Samo powstanie skrzepliny nie
jest jeszcze niebezpieczne dla życia – przylega ona zwykle do ściany
naczynia, utrudniając przepływ krwi, ale nie jest to śmiertelne
zagrożenie. Niestety, u niektórych chorych jej większe lub mniejsze
fragmenty mogą się oderwać. Po oderwaniu się od ścianek żył (zwykle
dotyczy to żył kończyn dolnych), skrzepliny docierają wraz z krwią do
tętnicy płucnej, powodując zator. U części chorych może dojść wtedy do
zatrzymania krążenia i oddychania, a to często oznacza natychmiastową
śmierć.
Objawy zakrzepicy:
ból, który nasila się przy chodzeniu i staniu, a mija przy unieruchomieniu
obrzęk w okolicy kostki, na całym podudziu lub nawet na udzie
zwiększone ucieplenie i zaczerwienienie skóry
nadmierne wypełnienie żył powierzchniowych
zasinienie skóry stóp i podudzi
gorączka
przyśpieszone tętno
(źródło: Internet)
Objawy miałam typowe dla zakrzepicy, jednak żadne badanie na 100% u mnie jej nie potwierdziło, a w tym USG Dopplera, które nie wykryło żadnego zakrzepu. Poza tym ciąża była u mnie dość wczesna i macica nie była jeszcze na tyle duża, aby mogła uciskać tętnicę. Mimo to faszerowano mnie antybiotykami, badano, a i tak wypisano mnie z nie do końca sprawnymi nogami, choć było już znacznie lepiej. Przynajmniej mogłam jako tako chodzić, ale nogi nadal puchły i trochę bolały. Byłam przerażona, bo jak w szpitalu nie umieli mi pomóc, to czy ktokolwiek będzie potrafił? Czy ja w końcu dowiem się co mi jest? Czy to mi w ogóle przejdzie i będę mogła w końcu cieszyć się ciążą? I co najważniejsze, jak to wszystko wpłynie na moje dziecko? Czy leki mu nie zaszkodzą? Czy urodzi się zdrowe? Nie jedną noc przepłakałam. Stres był tak ogromny, że siedząc spokojnie czułam jak serce nagle wali mi w piersi jakbym właśnie skończyła jakiś sprint. Bałam się, że zakrzep jednak gdzieś tam jest i doprowadzi do zatoru płucnego, a to oznaczałoby najgorsze... To był najokropniejszy i najbardziej stresujący okres w moim życiu. Po wyjściu ze szpitala były konsultacje z kilkoma ginekologami, kardiologami. Nikt nie umiał powiedzieć co tak na 100% się ze mną działo. Na dodatek do końca ciąży (czyli jeszcze jakieś 6 miesięcy) i do 2 tygodni po porodzie musiałam brać Clexane na rozrzedzenie krwi, czyli codziennie robić sobie zastrzyki w brzuch. Nie wiem czy to dzięki niemu, ale z czasem było coraz lepiej, aż w końcu wszelkie dolegliwości minęły i do końca ciąży nie powróciły.
Na pocieszenie dla tych kobiet, które może to czytają i właśnie przeżywają podobne katusze: udało nam się to przetrwać! Najważniejsze, że córka urodziła się bez najmniejszych problemów i zdrowa. Teraz ma 2,5 roku i rozwija się wzorowo. Natomiast ja nie miałam później żadnych podobnych problemów z nogami. Jednak widmo przeszłości ciągle nade mną krąży i nie daje o sobie zapomnieć. Od początku informowano mnie, że przy kolejnych ciążach profilaktycznie będę musiała ponownie całą ciążę brać zastrzyki z Clexane.... Jednak ostatecznie lekarz stwierdził, że jeśli na razie nic złego się niedzieje, nie będziemy zaczynać z zastrzykami (DZIĘKI BOGU!), mimo to zupełnie bez leków się nie obędzie. Muszę przyjmować ACARD, tym razem tabletki na rozrzedzenie krwi. Każdy, nadprogramowo przyjmowany lek w ciąży wywołuje u mnie stres, jednak wierzę, że tym razem z maleństwem również będzie wszystko dobrze.
Teraz bacznie obserwuję swoje ciało i próbuję zapobiegać. Podobno ruch jest zbawienny. Dlatego staram się dużo nie siedzieć, a jak już muszę, to trzymam nogi na podwyższeniu i co jakiś czas kręcę stopami kółka, aby poprawiać krążenie. Jak tylko pogoda się poprawi i w końcu zniknie te okropne błoto z naszej drogi, to obowiązkowo zacznę codzienne spacery. Trzymajcie się zdrowo i życzę Wam udanego tygodnia!
PS. USG w kierunku wykrycia wad genetycznych wyszły bardzo dobrze, czyli dzidzia zdrowa :) Czekam jeszcze na wyniki z badania krwi. Oba badania dadzą ostateczny wynik.
Nie wiem kiedy to minęło, ale leci nam już 13 tydzień ciąży! A to oznacza koniec 1 trymestru! :) Czy zawsze tak jest, że drugiej i kolejnej ciąży nie przeżywa się tak jak pierwszą? Nie raz spotkałam się z taką opinią i teraz ja mogłam się przekonać, że to niestety prawda, przynajmniej u mnie się to potwierdza. Do tej pory jakoś specjalnie nie czułam, że jestem w ciąży. Mając już w domu małe dziecko po prostu nie ma czasu na spokojny odpoczynek, na buszowaniu w sieci i szukaniu informacji co właśnie dzieje się w brzuchu, na bujaniu w obłokach i planowaniu jak to będzie...
Jednak wczoraj na kolejnym, drugim USG nastąpił jakiś przełom. To było niesamowite jak bardzo zmienił się maluch od ostatniego badania. To nie była już plamka na monitorze, a prawdziwe dziecko :D A co najlepsze uradowało mnie wczoraj ogromnie :) Ledwo powstrzymałam śmiech, gdy lekarz już zniecierpliwiony, próbował go zmierzyć i zbadać, a ten mój maluch ciągle fikał, ruszał rączkami, wyginał się :) Nie pamiętam, żeby Klaudia była taka ruchliwa podczas badania. Chyba rośnie nam niezły gagatek ;)
A oto i on (troszkę niewyraźny ale lepszego ujęcia nie mam :)
Jeśli chodzi o samo badanie to z Małym wszystko OK. Wczoraj miał 6,69 cm :)
Natomiast ja czuję się już znacznie lepiej. Mdłości zdarzają się bardzo sporadycznie, ale smażonego mięsa jakoś nie mogę... nawet o nim myśleć ;) Za to badania wyszły mi nieciekawe, poleciała mi w dół hemoglobina i musiałam zrobić posiew moczu ;/ Dlatego postanowiłam wziąć się za swoją dietę, m.in. bardziej regularnie, przynajmniej raz dziennie pić herbatę z pokrzywy, jeść więcej natki pietruszki i robić koktajle warzywne oraz zacząć pić sok z buraków bleee... Z Klaudią piłam go na początku ciąży niemal codziennie i dlatego sobie go obrzydziłam, ale czego się nie robi dla swoich dzieci :)
A dzisiaj był ciąg dalszy zakupowych szaleństw ;) No w sumie do szaleństw to może w tych zakupach daleko, ale dla mnie to miła odmiana, bo dawno nie miałam okazji sobie połazić po sklepach i kupować z czystym sumieniem. Jak wszystko robi się przykrótkie, za ciasne to nie ma zmiłuj ;) Dziś były poszukiwania spodni, takich typowo ciążowych. Nadszedł już czas, aby przebrać się w coś wygodniejszego. Spodnie ubierane do tej pory nie są jeszcze tragicznie ciasne, ale w ciążowych czuję się już o wiele bardziej wygodniej, swobodniej i brzuch lepiej widać ;P W H&M znalazłam takie jakie chciałam mieć jeszcze przed ciążą, ale nie mogłam takich dostać, więc gdy je zobaczyłam i przymierzyłam od razu wiedziałam, że będą moje ;)
H&M, 79,90 zł
Pozdrawiam i do następnego! :)
PS. Jutro znów stresy! Czeka mnie kolejne USG wykonywane tym razem w kierunku wad genetycznych płodu... Mimo to trzeba być dobrej myśli :)
Mam nadzieję, że radośnie i bardzo rodzinnie spędziliście Święta Wielkiej Nocy. My postanowiliśmy, że w tym roku na Święta nigdzie nie wyjeżdżamy (i dobrze bo pogoda była tragiczna), a nasza Trójka zaszyje się w domu, spędzając po praz pierwszy święta sami w naszym domu.Nie sądziłam, że będzie nam tak miło :) Pierwsze NASZE malowanie jajek, pierwszy NASZ koszyczek ze święconką, pierwsze NASZE śniadanie, pierwsze NASZE szukanie prezentów... Niby nic a cieszyło, nawet bardzo ;) Stwierdziłam, że czasami takie spędzenie czasu z dala od gwaru, mnóstwa ludzi jest fajną odmianą.Przy okazji miałam możliwość postawić sobie małe wyzwanie: po raz pierwszy w 100% sama zadbać o świąteczny stół. Troszkę się przy tym narobiłam, bo całą sobotę spędziłam w kuchni gotując i piekąc, a później do 3.00 jeszcze sprzątając. Jednak jaka w niedziele rano przy śniadaniu była satysfakcja.... :)Zwłaszcza, że mój mąż pochwalił mój żurek, który zrobiłam samodzielnie po raz pierwszy, na własnoręcznie przygotowanym zakwasie :D Dostałam skrzydeł, bo z ust mojego męża rzadko się to słyszy, a jeśli już coś chwali to oznacza, że naprawdę mu smakuje ;)
A w piątek przed Świętami przy okazji udania się do Firmy, zaliczyłam szybkie zakupy. Jednak kiedy oddawałam się tej wspaniałej przyjemności łażenia po sklepach i kupowania ze świadomością, że mam przed sobą kilka dobrych godzin, niespodziewanie zadzwonił mąż z wiadomością, że pracę dzisiaj kończy wcześniej i czy za godzinę będę już wolna.... Takim sposobem wróciłam na ziemię, a połowę ilości sklepów jakie miałam zamiar odwiedzić musiałam szybko wybić sobie z głowy. Na szczęście zdążyłam upolować kilka bluzek. Mój brzuch rośnie, OJ ROŚNIE, więc moje ubraniowe poszukiwania teraz związane są głównie z nim i ze zmieniającymi się już kształtami mojej figury. A oto co udało mi się kupić.
Bardzo udany zakup. Biała, przewiewna, idealna na wiosenno-letnie dni bluzka, z dodającymi jej uroku dżetami.
C&A, 49,90 zł
Granatowa, z haftowanymi kwiatkami, idealna na powiększający się brzuch :)
C&A, 69,99 zł
Uwielbiam wszelkie swetry, kardigany z CUBUSa. Pierwszy w pastelowej zieleni, drugi w pastelowym fiolecie.
CUBUS, 59,99 zł
CUBUS, 59,99 zł
Obecnie jest promocja: przy zakupie 2 swetrów za jeden zapłacimy 49,50 zł.
Czy Wy również macie już dosyć kozaków, szalików i grubych kurtek???
Odkąd zaczęłam interesować się wystrojami wnętrz, jestem nimi zauroczona. Według mnie są eleganckie, praktyczne, pasują do wnętrz w stylu nowoczesnym jak i klasycznym. Mogą być świetną alternatywą powszechnie znanych nam firanek i zasłon. Od początku wiedziałam, że chcę je mieć w swoim domu. Niestety wycena wykonania jednej rolety w wysokości ok 1000 zł (pierwotnie miało być ich 6 szt.) zaczęła nas zniechęcać. W końcu zdecydowaliśmy, że uszyjemy je sami. Po przestudiowaniu zasady ich działania i wykonania okazało się, że zrobienie rolet jest banalnie proste. Potwierdziła to moja mama, która podjęła się ich uszycia.
Ostatecznie powstały 3 szt...
Na to jakich przygód dostarczył nam podczas szycia materiał, efekt jest dla mnie niesamowicie zadowalający ;)
Na koniec 2 najistotniejsze według mnie rady, dla tych którzy zamierzają sami uszyć rolety rzymskie:
1. Wybrać odpowiedni materiał.
Nie chodzi mi tu o wzór czy kolor, bo to oczywiście kwestia gustu, ale o rodzaj/skład materiału. Gdybym mogła jeszcze raz wybierać materiał na swoje rolety, wybrałabym tylko i wyłącznie 100% poliester. Moje rolety wykonane są z żakardu, materiału przeznaczonego na zasłony o składzie 70% poliester i 30 bawełna. Podczas szycia okazało się, że przy prasowaniu materiał się kurczy, a po jego wypraniu skurczył się o ok 5 cm na długości i 1,5 na szerokości! Poza tym mój materiał łatwo się gniecie i po opuszczeniu rolet często widać załamania w miejscach gdziebyły fałdy. Materiał z jakiego była wykonana próbna roleta był w 100% poliestrem i takich załamań nie było.
2. Wybrać odpowiednią przekładnię łańcuszka w mechanizmie.
Popularne są następujące przekładnie: 1:1, 1:2, 1:4. Ogólna zasada wygląda tak: przekładnię 1:1 stosuje się do tkanin lekkich, 1:2 do tkanin średnio ciężkich, 1:4 do tkanin cięższych. Z doświadczenia dodam, żeby przekładnię dobierać również do szerokości rolety, im szersza tym przekładnia powinna być większa. Dla przykładu: znajomi na przekładni 1:1 nie mogą podciągnąć rolety całkiem do góry, która jest w podobnym rozmiarze jak jedna z naszych. Ja mam taką roletę (szer. ok 1,60 m) z przekładnią 1:2 i podciągam ją bez problemu. Natomiast mechanizmy, które mają u mnie ponad 2 m mam już z przekładnią łańcuszka 1:4.