poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Kotleciki z piersi kurczaka

W weekend zazwyczaj nie mam tyle czasu, aby stać w kuchni dlatego w piątek lub sobotę robiąc obiad staram się robić tego więcej tak, aby starczyło nam chociażby do poniedziałku ;) Tym razem zdecydowałam się właśnie na te kotleciki. Są bardzo smaczne, szybko się je robi i starczają nam na więcej niż jeden obiad.

A oto przepis.

Składniki:
1 pojedyncza pierś z kurczaka
1 jajko
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżka majonezu
2 łyżki startego żółtego sera
sól, pieprz
przyprawę w płynie (Magi)
polecam natkę pietruszki i suszoną żurawinę

Pierś z kurczaka kroimy na drobniutkie kawałeczki, dodajemy jajko, mąkę, majonez, ser żółty, przyprawy i posiekaną zieleninę. Wszystko razem mieszamy. Tak wgląda gotowa masa.



Łyżką nabieramy porcję masy i kładziemy na bułkę tartą. Masę obsypujemy bułką z każdej strony, następnie delikatnie bierzemy do ręki i formujemy kotleciki. Smażymy na rozgrzanym oleju.

Jeśli ciasto będzie zbyt luźne i kotlety będą się nam za bardzo rozwalać, to do masy można dosypać jeszcze odrobinę mąki.

A tak wyglądają po usmażeniu (ja zrobiłam z podwójnej porcji).



Osobiście polecam wersję z suszoną żurawiną.


Smacznego!

piątek, 26 sierpnia 2011

Sprawy organizacyjne

Moje Drogie :) 

Myślałam, myślałam i postanowiłam... założyć drugiego bloga. 
Nie da się ukryć, moje życie podporządkowane jest teraz głównie Klaudii, co zaczyna być widać na moim blogu. Wpisy na temat Klaudii i sprawy z nią związane zaczynają dominować na OLAndia :) 

W związku z tym, zdecydowałam się założyć drugiego bloga poświęconego tylko dzieciom, a konkretniej Klaudii. Także od dzisiaj zainteresowane osoby zapraszam na stronę BABYlandia. Udało mi się tam przenieść wszystkie wpisy i komentarze, więc w zasadzie wszystko będzie po staremu ;) Jedynie szata graficzna uległa małej zmianie ;)

Natomiast na OLAndia będę kontynuować wpisy na pozostałe tematy jak: dom, ogród, książki, kuchnia, kosmetyki i na pewno wiele innych :)

Do zobaczenia na BABYlandia :)

Pozdrawiam!

PS. Te dwa moje światy i tak w pewnym stopniu są od siebie zależne, dlatego na jednym blogu pewnie i tak pojawi się coś związanego z drugim. Mam nadzieję, że jakoś to będzie razem funkcjonowało :) 

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Moje oliwkowe cudo

Nie należę do osób z idealną figurą. W czasach szkolnych często eksperymentowałam z przeróżnymi dietami, przez co dorobiłam się trochę rozstępów. Dlatego gdy zaszłam w ciążę okropnie bałam się, że przez wielki brzuchol i przybranie na wadze będę jedną wielką blizną. Za wszelką cenę chciałam znaleźć złoty środek, który pomógłby mi temu zapobiec. Gdzieś wyczytałam, że podstawowym  elementem przeciwdziałania rozstępom jest zapewnienie skórze bardzo dobre nawilżenie. Mając na uwadze tą informację, postawiłam na jedno z tańszych rozwiązań. Ostatecznie zdecydowałam się na oliwkę do ciała. Często spotykałam się z pozytywnymi opiniami na jej temat, więc pomyślałam, że spróbuję, przynajmniej do czasu, aż w końcu zdecyduję się na jakiś bardziej "profesjonalny" produkt. No i jak zaczęłam jej używać, to została ze mną nie tylko do końca ciąży, ale do dzisiejszego dnia stoi w łazience na honorowym miejscu. Prawdę mówiąc na początku troszkę sceptycznie podchodziłam do tego, że niby sama oliwka miałaby dać radę nawilżyć mi skórę i zapobiec rozstępom. Jednak teraz wierzę, że to dzięki niej po ciąży nie mam ani jednego dodatkowego rozstępa (a wierzcie mi, brzuchol miałam naprawdę spory, bo nie należę do wysokich osób, więc wszystko poszło mi wszerz ;).

Po porodzie odstawiłam oliwkę na jakiś czas. Myślałam, że teraz jak już brzucha nie ma i wróciłam do swoich rozmiarów (no prawie ;), nie zrobi już dla mnie nic dobrego. Myślałam tak, aż to momentu, gdy na początku wiosny postanowiłam złapać trochę brązu i wybrałam się na solarium. Po dwóch sesjach opalania, skórę (zwłaszcza na nogach) miałam w opłakanym stanie.  Była strasznie przesuszona i łuszcząca. Zaopatrzyłam się w masła do ciała, balsamy nawilżające, próbowałam też naturalnego olejku w połączeniu z balsamem - nic nie pomogło. W końcu z barku pomysłów sięgnęłam po oliwkę, nie mając jakiś większych nadziei, że mi pomoże. No i zgadnijcie co się okazało? Dopiero ona poradziła sobie z moją suchą skórą. Od tej pory wszelkie balsamy poszły w odstawkę. Nie ukrywam, lubię balsamy, czasami po nie sięgam gdy mam więcej czasu i ciało nie jest jakoś specjalnie przesuszone. Jednak teraz podstawą nawilżania mojej skóry jest właśnie oliwka. Poza tym, że dobrze nawilża to o wiele szybciej i łatwiej się ją stosuje. Wystarczy wetrzeć  odrobinę w mokrą skórkę, wytrzeć się ręcznikiem i gotowe. Poza tym jest niesamowicie wydajna. Przez całą ciążę codziennego stosowania zużyłam 2-2,5 opakowania. Prawdę mówiąc jeśli chodzi o balsamy to u mnie zawsze był problem z systematycznością. Nie zawsze mi się chciało, bo wydawało mi się, że to wcieranie tak strasznie długo trwa. Jednak teraz nie mam z tym problemu, bo z oliwką trwa to dosłownie minutkę :)

A jakiej oliwki używam? Od początku stosuję oliwkę Johnson's Baby. Szczerze polecam wersję w żelu. O niebo lepiej się ją stosuje niż tą w tradycyjnej postaci.


Pierwotnie na tym miał zakończyć się ten post. Jednak dosłownie parę dni temu odkryłam jeszcze jedno jej zastosowanie, o którym chcę Wam napisać. Będę się streszczać, bo i tak wyszedł mi już z tego posta co najmniej elaborat ;) 

Otóż, ostatnio skończyła mi się Ziaja Dwufazowa do demakijażu oczu, a że używam kosmetyków wodoodpornych, to do zmywania muszę mieć naprawdę coś skutecznego. O tym, że nie mam czym zmyć oczu zorientowałam się dość późno w nocy, więc musiałam coś wymyślić, bo spanie w makijażu nie wchodziło w grę. No i wymyśliłam. Na płatek kosmetyczny wycisnęłam odrobinkę oliwki i lekko zwilżyłam to miejsce wodą. Przyłożyłam wacik do oka i chwilkę odczekałam. Efekt był taki, że tusz pięknie zaczął się rozpuszczać i po kilku powtórkach zmyłam go całkowicie :D Nie wiem czy takie zastosowanie oliwki do ciała jest Wam znane i może nie jest to dla Was nic nowego, ale dla mnie było to wielkim pozytywnym zaskoczeniem :) Takim sposobem oliwka zdecydowanie stała się moim kosmetykiem nr 1 :)

Pozdrawiam! :)

sobota, 20 sierpnia 2011

Marchewka dobra do wszystkiego

Wczoraj naszła mnie ogromna ochota na coś słodkiego. Dawno nic nie piekłam, więc postanowiłam coś upichcić. Ostatnio chodziło mi po głowie ciasto marchewkowe, a że szybko je się robi i jest to jedno z moich ulubionych wypieków, czym prędzej się za nie zabrałam, wykorzystując dobry humor Panny Klaudii ;)

Tak się prezentuje.

A tak się robi.

Składniki:
60 dag tartej marchewki
4 duże lub 5 średnich jaj
1 szklanka cukru
2 szklanki mąki
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 szklanki oleju
sól
100 g czekolady
80 g suszonych śliwek
80 g płatków migdałowych lub innych bakalii 

Marchewkę trzemy na tarce. Dodajemy jaja wcześniej roztrzepane widelcem na jednolitą masę. Następnie dodajemy cukier, mąkę, proszek do pieczenia, szczyptę soli i olej. Wszystko razem łączymy mieszając łyżką. Śliwki i czekoladę siekamy na drobne kawałeczki i wrzucamy do ciasta. Polecam dodać również płatki migdałowe i orzechy (orzechów akurat nie miałam, więc tym razem ich nie dodałam).
Gotową masę wylewamy do formy wyłożonej folią aluminiową lub papierem do pieczenia. Ja zazwyczaj piekę je w formie do babki z tuleją o średnicy 24 cm. 
Ciasto pieczemy około 40 min w temperaturze 180 stop. C (patyczek powinien być suchy).

Polecam podawać ciasto posypane cukrem pudrem lub z kleksem bitej śmietany. Jeśli nie próbowałyście, to spróbujcie zrobić bitą śmietanę samemu. Jest o niebo lepsza niż kupna np. w sprayu.

Smacznego! :)

wtorek, 16 sierpnia 2011

Lakier do paznokci Eveline Cosmetics Colour Instant

Jakiś czas temu będąc w Biedronce zupełnie przypadkiem trafiłam na resztkę lakierów do paznokci z Eveline Cosmetics. Bardzo się ucieszyłam gdy wśród nich zobaczyłam tego miętuska (pastelową zieleń) ponieważ bardzo chciałam lakier w takim kolorze.




lakier do paznokci Eveline Cosmetics, Colour Instant, nr 625

Kolor tak mi się spodobał, że nawet nie spojrzałam na cenę tylko zapakowałam buteleczkę do koszyka. Jak się później okazało kosztował jedyne 5,99 zł co jeszcze bardziej zwiększyło moją radość.




lakier do paznocki Eveline Cosmetics, Colour Instant, nr 625

W domu okazało się, że jest to lakier perłowy, więc miałam obawy co to krycia. Mimo moich obaw nie było z tym tak źle. Przy starannym nałożeniu lakieru kolor z buteleczki można uzyskać przy dwóch warstwach. Jednak przy moich białych końcówkach konieczne są trzy warstwy, ale mimo to i tak lekko prześwitują. Kolor lakieru na paznokciach wyszedł troszkę za jasny. Rzeczywisty kolor lakieru najbardziej oddają dwa pierwsze zdjęcia.


Jeśli chodzi o aplikację to jak dla mnie jest kiepska. Trzeba się bardzo postarać, aby nie narobić smug. Przy Klaudii nie mam aż tyle czasu, chcę aby lakier nakładał się bez takich dodatkowych utrudnień.

Dość szybko schnie, szybciej jak lakiery Barbra Cosmetics, z którymi miałam do czynienia.  Przynajmniej tak jest w początkowej fazie. Nie wiem jak jest później ponieważ nie czekam aż lakier całkowicie przeschnie tylko nakładam za każdym razem Top Coat.

Podsumowując miałam ogromne nadzieje co do tego lakieru. Kolor jak dla mnie jest po prostu cudowny, jednak z powodu aplikacji pewnie nie skuszę się już na inny kolor.

A Wy znacie te lakiery? Miałyście okazję wypróbować ten kolorek? Jestem ciekawa jak u Was się sprawdził?

Pozdrawiam!:)


piątek, 5 sierpnia 2011

Zaczynam testować - tusz do rzęs CoverGirl Lash Blast Volume

Kończy mi się mój ulubiony tusz do rzęs z Maybelline, o którym wspominałam już wcześniej TUTAJ. Pomyślałam, że może warto spróbować czegoś nowego i wtedy przypomniałam sobie, że przecież od 4 miesięcy w kosmetyczce czeka już na mnie tusz CoverGirl Lash Blast Volume.
tusz do rzęs CoverGirl Lash Blast Volume, kolor 825 Very Black, wodoodporny


Od baaardzo dawna chciałam go wypróbować. W końcu przy okazji wyjazdu służbowego mojego męża za granicę udało mi się go nabyć.

Nigdy nie używałam tuszu z gumową szczoteczką, więc jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi. 
tusz do rzęs CoverGirl Lash Blast Volume, kolor 825 Very Black, wodoodporny




Pewnie niebawem napiszę o nim coś więcej :)

Pozdrawiam!

środa, 27 lipca 2011

Co nieco z mojej garderoby

W pierwszym poście obiecałam, że znajdzie się tutaj również coś z mojej szafy. Jednak ostatnio mogę tylko pomarzyć o spokojnym przechadzaniu się po centrach handlowych.... Dużo spraw na głowie + Klaudia = BRAK CZASU. Czasami w trakcie szybkich zakupach spożywczych lub przy okazji innych spraw uda mi się coś upolować ;)

Ostatnio podczas takich szybkich zakupów kupiłam parę rzeczy. Nie jest to może nic szczególnego, ale żeby nie być gołosłownym, pomyślałam, że pokażę Wam co znalazłam.

Taką bluzę chciałam już od dawna, w modnym tego lata motywie marynarskim. Trafiłam na nią podczas zakupów w TESCO, w dziale z odzieżą F&F.

bluzka TESCO, F&F, 29 zł

Przy okazji odwiedziłam również pobliski Deichmann. Gdzie znalazłam te butki, a w zasadzie ten kolor bo to już moja trzecia para tych butów :) Pozostałe mam w kolorze białym i fioletowym. Do pełni szczęścia brakowało mi właśnie tego koloru, dlatego jestem super szczęśliwa, że na nie trafiłam. Pierwsze dwie pary kupiłam dokładnie rok temu. Będąc wówczas w ciąży, jak pewnie większość przyszłych mam, borykałam się z problemem puchnących stóp. Nawet trampki i klapki zrobiły się za ciasne. Wybawieniem były dla mnie te butki. Są super wygodne i przewiewne. Dodatkowo nie są zupełnie płaskie, a mimo to bardzo wygodnie się w nich chodzi.

buty Deichmann, Graceland, 69 zł

No i jeszcze coś dla Klaudii ;) Butki upatrzone w TESCO w dziale z ubrankami dla dzieci F&F. Mimo, że Klaudia jeszcze nie chodzi i tak na prawdę będą robić tylko za ozdobę, to nie mogłam się powstrzymać aby ich nie kupić - są takie słodkie ;D
Przy okazji polecam zajrzeć do TESCO. Od jakiegoś czasu trwa wyprzedaż ubranek F&F i można znaleźć naprawdę fajne rzeczy w dobrej cenie.

butki dziecięce, TESCO, F&F, 25 zł

Pozdrawiam!

wtorek, 26 lipca 2011

Plany i porządki czyli Ola w ogrodzie :)

Po miesiącu wczasowania się z Klaudią w rodzinnych stronach czas wracać do codziennej rzeczywistości. Troszkę żal było wyjeżdżać, ponieważ dużo pomocy miałam będąc u rodziny a Klaudii pobyt wśród zieleni i ciszy z pewnością również dobrze zrobił. Mimo wszystko czuję, że baterie choć na trochę zostały podładowane i teraz trzeba to wykorzystać :) 

Postanowiłam, że przed zimą trzeba zabrać się za ogród, a konkretnie za to co ma nim być, bo to co teraz mam wokół domu ciężko nazwać ogrodem ;) Praca w obejściu to głównie moja działka, więc czeka mnie sporo roboty. Trzeba zrobić porządek, wyrównać i przekopać teren, pozbyć się chwastów (a propos, może ktoś wie jak skutecznie pozbyć się perzu??), zaplanować gdzie posadzić różne drzewka, krzaczki, przygotować miejsce na warzywniak. Jak na razie moje umiejętności ogrodnicze ograniczają się jedynie do przesadzania raz w roku fiołka, więc w kwestii roślinek jestem totalnie zielona ;) Mimo to zawsze chciałam mieć swój ogród i móc prowadzić go po swojemu. Wygląda na to, że czeka mnie wielka próba - czy polubię grzebanie w ziemi czy nie ;) Zdaję sobie sprawę, że przede mną ciężka praca, ale wierzę że tylko to da widoczne efekty :) 

Tak obecnie wygląda mój "ogród".


Jak widać, same chwasty ;)


A taki mi się marzy :)

źródło: Internet



Przy okazji przedstawiam Wam nasze nowe zwierzątko ;) Przywieziona specjalnie na jajka dla Klaudii ;)

Udało mi się zorganizować grupę ochotników do pomocy na najbliższy tydzień, więc zabieramy się do roboty! 


Pozdrawiam :)

wtorek, 12 lipca 2011

Niespodziewanie udany zakup - lakier Lovely Color Mania

Będąc ostatnio w Rossmannie moją uwagę przykuły lakiery firmy Lovely z serii Color Mania, a  konkretnie zauroczył mnie ten oto niebieski odcień nr 133. Nigdy nie używałam tych kosmetyków i nic nie wiedziałam na temat lakierów tej marki, jednak cena promocyjna (3,99 zł) skusiła mnie na jego zakup.

lakier Lovely, Color Mania nr 133

Lakier bardzo pozytywnie mnie zaskoczył ponieważ myślałam, że za tą cenę nie będzie to nic szczególnego. Przy pierwszym użyciu od razu skojarzył mi się z lakierami Barbra Cosmetics. Podobna konsystencja, krycie - kolor z buteleczki można uzyskać przy dwóch warstwach, ale nakładać trzeba bardzo starannie. W przeciwnym wypadku jeśli warstwa położona będzie nierówno to mogą tworzyć się smugi i wówczas trzeba nałożyć kolejną. Jak dla mnie to jest jego największy minus. 

Posiada dobry pędzelek  - odpowiednio długi, szeroki i elastyczny dzięki czemu bardzo dobrze się nim maluje. Dość szybko schnie, nawet przy trzech warstwach. Co do trwałości to u mnie pierwsze odpryski i wytarte końcówki pojawiły się po niecałych 3 dniach. Może nie jest to oszałamiający wynik, ale jak za tą cenę to i tak jestem zadowolona.
Poza tym design buteleczki bardzo mi się podoba ;)

A tak prezentuje się na paznokciach.
Kolor w rzeczywistości jest trochę ciemniejszy (zdj robione w słońcu) i zbliżony jest do koloru nieba jaki widać w tle ;)

lakier Lovely, Color Mania nr 133

Jeśli znów trafię na te lakiery, z chęcią wypróbuję inne kolory.

A Wam jak się podoba? 

Może macie jakieś inne kolory lakierów tej firmy, które lubicie i mogłybyście polecić? 

Pozdrawiam serdecznie!

niedziela, 3 lipca 2011

Moja nowa obsesja ;)

Postanowiłam, że tego lata moje paznokcie będą kolorowe i modne. Do tej pory nie miałam szału w kwestii paznokci, lakierów itd. Owszem, miałam parę lakierów w bardziej zdecydowanych kolorach ale były jedynie ozdobą mojej kosmetyczki. To co zazwyczaj nosiłam na paznokciach było delikatne i nijakie - liczyło się tylko to, aby lakier nałożyć szybko i nie martwić się o ewentualne niedociągnięcia, które przy jasnym kolorze nie są aż tak widoczne.
Kolorowe pazurki zaczęły mnie bardziej interesować jakieś parę miesięcy temu. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że dobrze dobrany kolor jest jak dodatek, który może świetnie podkreślić nasz strój. No i połknęłam bakcyla ;) Tak więc pomału powiększam swoją kolekcję. 

A tymczasem przedstawiam Wam mój ostatni zakup lakierów z Barbra Cosmetics


od lewej: nr 18 Earth rose, nr 4 Coral red, nr 442 Dżi aj dżejn, nr 458 Stalowe nerwy

W związku z tym, że mamy już lato a pogoda jest wspaniała, staram się nie malować paznokci na ciemne kolory. Dlatego chwilowo ograniczam się do dwóch pierwszych odcieni i to o nich chciałam teraz wspomnieć. O pozostałych dwóch kolorach napiszę coś więcej jak zacznę częściej ich używać bądź jeśli ktoś były nimi zainteresowany :)

Pierwszy z lewej to Earth rose nr 18. Cieszę się, że trafiłam na ten kolor ponieważ uwielbiam takie odcienie. Choć w nazwie mowa jest o różu to według mnie bardziej wpada w fiolet. 
lakier Barbra Cosmetics, Colour Alike, nr 18 Earth rose

Bardzo mi także odpowiada to, że kolor na paznokciach jest identyczny z tym w buteleczce (przy nałożeniu 2 warstw), więc wiemy dokładnie jaki będzie efekt na paznokciach. Lakier bardzo dobrze się rozprowadza, choć czasami mam wrażenie, że  w trakcie malowania gęstnieje na pędzelku. Na początku musiałam dojść do wprawy aby nie nabrać za dużo produktu, co często mi się zdarzało bo wtedy był problem z malowaniem.  Pędzelek również mi odpowiada. Do moich małych paznokci wielkościowo pasuje bardzo dobrze. Co do trwałości to jestem mile zaskoczona. Ostatnio  utrzymał mi się pełne 4 dni bez żadnych odprysków. Było widać jedynie odrosty przy skórkach i lekko wytarły się końcówki. Dodam, że pod lakier używam podkład przeciw odbarwianiu się płytki paznokciowej, ale nie sądzę aby była to jego zasługa. Jedyny minus jaki zauważyłam to to, że za długo schnie. Aby sobie z tym poradzić na wierzch czasami stosuję preparat, który przyspiesza wysychanie i wtedy jest OK (na zdjęciach kolory lakierów prezentuję bez żadnej dodatkowej warstwy utrwalacza, nabłyszczacza itd).

Drugi kolor to Coral red nr 4. Niestety nie udała mi się uchwycić w pełni jego rzeczywisty odcień. Tu wygląda na bardziej pomarańczowy ale rzeczywistości to koral z odrobiną pomarańczu.

lakier Barbra Cosmetisc, Colour Alike, nr 4 Coral red

Kolor w pierwszym momencie wydał mi się za bardzo jaskrawy i myślałam, że się nie polubimy. Jednak po paru dniach jestem z niego bardzo zadowolona. Nigdy nie nosiłam na pazurkach takiego koloru, więc pewnie musiałam się do niego przyzwyczaić. Wszystko to co napisałam wyżej odnośnie Earth rose, tyczy się również tego koloru. Jedyny dodatkowy minus jaki zaobserwowałam to to, że muszę nałożyć aż 3 warstwy aby uzyskać zadowalający mnie efekt. Posiadam dość mocno widoczne białe końcówki na paznokciach, które przy dwóch warstwach nadal  lekko prześwitują, co mi nie odpowiada. Natomiast jeśli ktoś ma jasne końcówki lub nosi krótkie paznokcie to dwie warstwy zdecydowanie wystarczą.

Podsumowując. Uważam, że są to bardzo dobre lakiery za naprawdę niewielkie pieniądze (7,99 zł za sztukę). Do wyboru Barbra Cosmetics oferuje nam mnóstwo modnych i ciekawych kolorów. Jeśli o mnie chodzi to na pewno skuszę się jeszcze na nie jedną buteleczkę.

Jestem bardzo ciekawa jak jest u Was. 
Przywiązujecie wagę do paznokci?
Jakie kolory tego lata najczęściej będą gościć na Waszych paznokciach?

Pozdrawiam serdecznie! :)

sobota, 4 czerwca 2011

TAG: Top 10 Award

Jestem bardzo mile zaskoczona, że już zostałam oTAGowana, tym bardziej, że mój blog dopiero raczkuje (to i tak chyba za dużo powiedziane) :D 
Za dużo się w nim nie napisałam jeśli chodzi o kosmetyki, więc cieszę się, że nadeszła idealna okazja aby przedstawić Wam moje TOP 10 :)


Bardzo dziękuję Leal251 za wyróżnienie :)


A oto zasady:
1. Podziękuj za przyznanie wyróżnienia.
2. Zamieść u siebie link do bloga osoby, która Cię wyróżniła.
3. Wklej u siebie logo wyróżnienia.
4. Przekaż nagrodę 10 bloggerkom.
5. Zamieść linki do tych blogów.
6. Powiadom o tym nominowane osoby.
7. Stwórz listę 10 ulubionych kosmetyków


Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi tego za złe ale niestety będę musiała nagiąć troszkę zasady tej zabawy, ponieważ bloggerki, które chciałabym wyróżnić już zostały oTAGowane, a moja lista ulubionych blogów związanych z kosmetyką na chwilę obecną nie jest za bogata ;) Obiecuję, że jak tylko trafię na ciekawego bloga, który nie podzielił się z nami swoimi ulubieńcami na pewno go wyróżnię :)

A oto moje ulubione kosmetyki (może coś Was zaciekawi:) )

1. REVLON ColorStay, automatyczna kredka do oczu, kolor Black/Brown


Kredka jest niesamowicie trwała, nie rozmazuje się, na mojej linii wodnej utrzymuje się cały dzień. Używam jej od paru lat.

2. Maybelline Volum' Express Turbo boost, wodoodporny tusz do rzęs, kolor Very Black


Świetny tusz! Nie kruszy się, nie rozmazuje, pogrubia i wydłuża rzęsy. Jestem mu wierna od paru lat i nigdy mnie nie zawiódł.

3. E.L.F Cream Eyeliner, eyeliner w kremie, kolor Black


Dzięki niemu w końcu umiem zrobić sobie kreski na oczach ;) Nie wiem czy to zasługa tego konkretnego produktu, czy samej formy eyelinera czyli kremu ponieważ wcześniej nie miałam styczności z takimi eyelinerami, ale wiem, że taki produkt zawsze będzie w mojej kosmetyczce.

4. Ziaja de-makijaż, dwufazowy płyn do demakijażu oczu


Używam kosmetyki wodoodporne dlatego szukałam bardzo skutecznego płynu do demakijażu, który dałby radę szybko usunąć cały makijaż. Ten płyn sprawdza się znakomicie. Bez problemu zmywa moją wodoodporną maskarę czy eyeliner. Mimo, że przeznaczony jest to demakijażu oczu, ja używam go na całą twarz.

5. Maybelline, Forever Strong, lakier do paznokci, nr 29


Uwielbiam ten lakier. Zawsze jest na moich paznokciach jeśli akurat nie mam ochoty na jakiś konkretny kolor. Bardzo ładnie wygląda na opalonych dłoniach. Najbardziej podoba mi się w nim to, że fajnie podkreśla moje naturalne „białe paski”, przez co z daleka paznokcie wyglądają tak jakby miały zrobionego „frencha”;-P

6. Olay Complete, emulsja odżywczo-nawilżająca na dzień


O tym produkcie wspominałam już wcześniej. Nadal potwierdzam wszystkie jego zalety. Zdecydowanie mój ulubiony krem na dzień do twarzy.

7. Manhattan Clearface, Cover Stick, korektor w sztyfcie


Bardzo fajny korektor na wyproski, zaczerwienienia. Ma gęstą, treściwą konsystencje dzięki czemu bardzo dobrze kryje niedoskonałości. Ze strupkami itp. w 100% sobie może nie poradzi ale sprawi, że będą mniej widoczne.

8. Joanna, Brylantyna w wosku


Używam jej na pewno 5 lat a może nawet i dłużej. Stosuję ją na końcówki włosów aby nabłyszczyć i podkreślić pazurki czy loki. Bardzo fajnie sprawdza mi się także na puszące się końcówki. Wówczas nakładam brylantynę i po problemie :) 
 
9. Bambino, krem ochronny


O tym produkcie też już pisałam. Ratuje mnie gdy inne moje kremy do twarzy sobie nie radzą z nawilżeniem cery.

10. Clean&Clear, bibułki matujące


Nawet już nie pamiętam od ilu lat ich używam. Jak dla mnie są świetne. Bardzo dobrze absorbują sebum. Wystarczy raz przyłożyć bibułkę do twarzy, chwilkę przytrzymać i skóra ponownie jest matowa. Dużym plusem jest to, że na Allegro można je dostać naprawdę w bardzo dobrej cenie. Ja kupuję je za ok 10 zł. 


Pozdrawiam!

sobota, 21 maja 2011

"Gdybyś mnie teraz zobaczył", Cecelia Ahern

Oto kolejna książka, którą tak jak trylogię o Tatianie i Aleksandrze, UWIELBIAM!!!

                        
"Gdybyś mnie teraz zobaczył" to niebanalna historia o miłości, nadziei i próbie uporania się z demonami przeszłości, a to wszystko z odrobiną magii ;-) Mimo, że generalnie nie przepadam za fantastyką, to ta historia jest po prostu cudowna :)
Książka świetnie napisana, momentami z humorem, przez co wciągnęła mnie od pierwszych stron. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę, aby ją czytać. Końcówka bardzo wzruszająca, na której ryczałam jak bóbr ;-P Na 100% jeszcze raz ją przeczytam.
Gorąco polecam!

Opis książki:
Romans pióra autorki słynnej, ekranizowanej teraz powieści "PS Kocham Cię". Zabawna i wzruszająca opowieść o tym, jak bardzo różni się zobaczenie, od uwierzenia. Książka Cecelii Ahern jest pełna charakterystycznego dla jej pisarstwa ciepła, humoru i wzruszeń. Jest to historia z sercem - i odrobiną magii. Pewnego dnia w życiu uporządkowanej i poważnej, zapracowanej Elizabeth Egan i jej siostrzeńca pojawia się tajemniczy przybysz. Ivan jest beztroski, spontaniczny i zawsze szuka przygód - stanowi jej zupełne przeciwieństwo. Szybko zaraża ją swoją radością i humorem i Elizabeth zaczyna zmieniać swoje życie w sposób, w jaki nigdy sobie tego nie wyobrażała. Ivan jednak musi zniknąć z jej życia, bo jest.. Niewidzialnym Przyjacielem i jak to niewidzialni - znika.
Wydawca: Świat Książki
Ilość stron: 352
Oprawa: miękka

niedziela, 8 maja 2011

Rimmel Lasting Finish - 070 Airy Fairy

Na pewno bardzo dobrze znana większości dziewczyn.
Często można spotkać recenzje tej szminki zarówno na blogach, jak i na YT. Zachęcona w większości pozytywnymi opiniami na jej temat również się na nią skusiłam.

Kolor - jak dla mnie jest idealny. Uwielbiam takie zgaszone, brudne róże, w kolorze moich ust.

Konsystencja - kremowa, bardzo fajnie aplikuje się ja na usta.

Zapach - bardzo przyjemny. Mi przypomina gumę balonową :)

Trwałość - i tutaj nie jestem już tak zadowolona. Początkowy połysk znika w ciągu godziny. Kolor utrzymuje się dłużej, parę godzin. Najbardziej denerwuje mnie w niej to, że nie schodzi równomiernie tylko odkłada mi się w rowkach na powierzchni ust.

Mimo wszystko nie żałuję zakupu ponieważ kolor bardzo mi odpowiada i cena jest dość przystępna (16,99 zł w Rossmannie).

Poniżej wstawiam parę zdjęć. Ciężko było uchwycić jej rzeczywisty kolor, ale po wielu próbach chyba mi się udało :) Kolor szminki na zdjęciach (przynajmniej u nie w komputerze) jest niemal identyczny z
tym w rzeczywistości.






Pozdrawiam serdecznie :)

sobota, 7 maja 2011

Podstawowa pielęgnacja mojej twarzy.

Mam cerę mieszaną/tłustą (zależy od dnia (:) z tendencją do różnych niespodzianek w postaci wyprysków. Moje kosmetyki do codziennej pielęgnacji zawsze były przeznaczone do cery trądzikowej co i tak nie dawało zadowalającego efektu. W końcu trafiłam gdzieś na taką opinię, że żele antybakteryjne tak na prawdę niewiele pomagają, no bo ile one zostają na naszej twarzy? Czy składniki w nich zawarte mają szansę zadziałać w ciągu paru minut podczas mycia? Jedynie co możemy osiągnąć stosując silnie oczyszczające produkty  to przesuszenie naszej cery... Wydało mi się to dość sensowne. Idąc tym tropem zaczęłam bardziej świadomie wybierać kosmetyki przeznaczone do mojej cery. Teraz zwracam uwagę na to aby produkty były delikatne i przede wszystkim nie zatykały porów, co wydaje mi się przy cerze z problemami jest bardzo istotne. Szukając czegoś odpowiedniego trafiłam na kosmetyki z firmy OLAY. Wcześniej z tej firmy miałam tylko kem-żel nawilżający do twarzy, z którego byłam zadowolona więc postanowiłam spróbować i był to strzał w 10 :)
No dobra, koniec z tymi wywodami. Czas na konkrety ;)

OLAY Gentle Cleansers, Odświeżający żel do mycia twarzy,
cera normalna lub mieszana
150 ml, 
cena: 12,99 zł (w Rossmannie na promocji)

Żel rzeczywiście jest bardzo delikatny. Dobrze oczyszcza, daje uczucie  świeżej i czystej skóry, a co najważniejsze moja twarz nie jest po nim ściągnięta tak jak to było po kosmetykach antybakteryjnych.

 













Oczywiście bez kremu się nie obędzie, ale  nie muszę go nakładać tuż po umyciu. Zapach nie jest jakoś specjalnie piękny ale też nie brzydki, po prostu OK. To już moje 2 pakowanie.



OLAY Geantle Cleansers, Odświeżający tonik do twarzy
cera normalna, sucha lub mieszana
200 ml
cena: 12,99 zł (w Rossmannie na promocji)


Co najważniejsze tonik nie zawiera alkoholu oraz nie zatyka porów. Jest o bardzo delikatnym zapachu. Kupiłam go ponieważ już dawno byłam ciekawa tego produktu i pomyślałam, że przyda się na nadchodzące lato do odświeżenia twarzy, a że był akurat w promocji skusiłam się na niego. 




 









Może za wcześnie na jakieś konkretne recenzje ponieważ używam go od około tygodnia, ale na dzień dzisiejszy mogę stwierdzić, że generalnie jest OK. Latem na pewno się przyda w upalne dni, zdecydowanie nie wysusza skóry ale poza tym nie widzę tu jakoś nic specjalnego. Myślę, że mogę się bez niego obejść. Mimo wszystko będę go dalej stosować. Jeśli coś się zmieni na pewno dam Wam znać :)




OLAY Complete, Emulsja odżywczo-nawilżająca na dzień 
skóra tłusta/mieszana
100 ml
cena: ok 25 zł (Drogeria Natura)

Kremik a w zasadzie emulsja jest dla mnie po prostu super. Przez zimę używałam tylko kremu Bambino, który mimo iż jest bardzo dobry, jest dość ciężki i tłustawy. Dlatego na lato szukałam czego naprawdę lekkiego i co nie zatykałoby mi porów. 

 












Takim cudeńkiem okazał się dla mnie ten kosmetyk. Jego konsystencja nie przypomina typowych kremów,  jest bardziej płynna przez co bardzo szybko się wchłania. W ogóle nie czuć go na twarzy a mimo to twarz jest dobrze nawilżona. Świetnie sprawdza się pod makijaż. Poza tym bardzo przypadło mi do gustu opakowanie w postaci tubki oraz pojemność, która jest większa niż tradycyjnego kremu a cena mimo to nie jest wygórowana. SPF 15. Czego chcieć więcej :)


BAMBINO, krem ochronny dla dzieci i niemowląt
150 ml
cena: ok 6-7 zł (za większe opakowanie)

Krem zdecydowanie godny polecenia. Po ciąży moja cera zrobiła się bardzo sucha, ciągle miałam uczucie ściągnięcia. Mój dotychczasowy krem sobie z tym nie radził, więc pomyślałam "co mam do stracenia" i chwyciłam za krem moje córki. 
Na początku troszkę się obawiałam jego dość gęstej konsystencji, czy spowoduje to zapychanie porów ale nic takiego się nie działo. Wręcz przeciwnie. Nie wiem czy to za sprawą ciąży czy tego kremu ale cera mi się poprawiła, mimo iż jest tłustawy nie miałam żadnych niespodzianek w postaci wyprysków. U mnie sprawdza się również po makijaż! Tak jak pisałam wyżej, z racji tego, że robi się coraz cieplej na dzień używam teraz czegoś lżejszego, ale na noc tylko BAMBINO :)

czwartek, 5 maja 2011

Trylogia o Tatianie i Aleksandrze Paulliny Simons

Na dobry początek, chciałam Was zainteresować moją ulubioną książką, a właściwie książkami, gdyż cała historia zawiera się w trzech tomach.





"Jeździec miedziany" (tom 1)
Leningrad, rok 1941.
17-letnia Tania Mietanowa poznaje młodego oficera mówiącego z obcym akcentem.
Zakochuje się w nim ku swemu przerażeniu, gdyż Aleksander jest już obiektem uczuć jej siostry Darii. Miłość jednak nie wybiera - Aleksander odwzajemnia uczucia Tani, ale by nie ranić Darii, bohaterowie przysięgają nigdy nie ujawnić swej miłości. Gdy blokada zacieśnia się i miasto zaczyna głodować, śmierć dosięga rodzinę Mietanowów. Tania szaleje ze strachu - jej ukochany walczy w wojskach próbujących przerwać pierścień blokady...
Ledwo odetchnie z ulgą, już Aleksander znajdzie się w nowym niebezpieczeństwie, wyjaśni się tajemnica jego akcentu, a bohaterom zagrozi rozłąka...
Ile jeszcze przejdą, nim los pozwoli im być razem?
I czy okrutna historia w ogóle na to pozwoli?
Wydawca: Świat Książki
Ilość stron: 720
Oprawa: twarda

Ciąg dalszy losów głównych bohaterów opisują pozostałe tomy:

"Tatiana i Aleksander" (tom 2)

"Ogórd letni"
(tom 3)



Według mnie to najpiękniejsza historia miłosna jaką do tej pory udało mi się przeczytać. Książka niesamowicie wciągająca, a dzięki niezwykłym i szczegółowym opisom zarówno samych bohaterów, miejsc, jak i wydarzeń mających miejsce w tamtym okresie, powodują, że czytelnik wręcz przenosi się do świata Tatiany i Aleksandra. Mimo iż książki pochłania się jednym tchem, celowo starałam się czytać troszkę wolniej, aby ta wspaniała historia miłosna, pomiędzy rosyjską dziewczyną a amerykańskim żołnierzem, trwała jak najdłużej :-)
Dla osób, którym ciężko rozstać się z bohaterami, autorka przygotowała jeszcze jedną książeczkę, a mianowicie "Przepisy Tatiany".  Tu wydarzenia rozgrywają się w kuchni Tatiany, a między jej przepisy wplecione zostały wspomnienia i wydarzenia jakich w poprzednich tomach nie opisano. Tej książki jeszcze nie przeczytałam (zostawiłam ją sobie na późniejszy deser ;-P),  więc teraz nie umiem stwierdzić czy warto ją nabyć, jednak myślę, że dla osób zauroczonych tą historią tak jak ja, miło będzie ponownie spotkać się z Tatianą i Saszą :)

Po skończeniu i odłożeniu na półkę, książkę nie sposób zapomnieć.
Zdecydowanie polecam!!

A to mała niespodzianka dla tych, którzy nie mogą się doczekać ekranizacji tej historii :)